poniedziałek, 9 czerwca 2014

W jakich czasach żyjemy?



OK, przygotujcie się na dawkę hejtu.


Żyjemy w czasach, kiedy kobiety są bardziej męskie od mężczyzn, a mężczyźni bardziej kobiecy od kobiet. Gdy widzę na różnych fotografiach czy to na fejsbukowym profilu u znajomych, czy to na jakiejś stronie internetowej facetów w rurkach, sukienkach, super-modnych i super-drogich ciuchach, najlepiej z największym logo popularnej marki, facetów, którzy najbardziej przejmują się tym żeby wyglądać modnie, upić się na imprezie i pochwalić głupotami, które zrobili, facetów, których noga w najszerszym miejscu jest chudsza niż mój biceps, kiedy co gorsza spotykam (coraz częściej) takich na ulicy… Zaczynam się zastanawiać, czy kobiety takie jak ja kiedykolwiek znajdą drugą połówkę.
 


Kiedy widzę kobiety, modelki, aktorki, dziewczyny na ulicy w kusych ciuchach, ledwo-co-zakrywających bluzkach, lub wręcz przeciwnie – fason victimkach wdziewających buty a’ la lekarskie chodaki czy nie daj Boże Crocksy, spodnie „żuliki” z większą ilością dziur niż materiału, bluzkami zupełnie bez kształtu i pomysłu na wykonanie, kiedy widzę kobiety załamujące ręce nad każdym problemem, który przecież JEST do rozwiązania, kiedy słyszę kobiety plotkujące, gadające non stop  ciuchach, facetach, fryzjerze i paznokciach, a obśmiewające wszystko to co inne, dla nich dziwne, które palcem nie kiwną, tylko wynajmą osobę mającą zrobić to za nie, kiedy widzę kobiety dominujące wszystkich dookoła, robiące z męża pantoflarza, a z dzieci rozpuszczone bachory – przy czym winę za całe zło zawsze da się na kogoś zrzucić, nawet na nauczycielki, które źle wychowują (jakby to było ich zadaniem)… Nóż mi się w kieszeni sam otwiera.


Kiedy słyszę młodzież – która nota bene sprawia, że w ich towarzystwie czuję się naprawdę staro – z dumą przyznającą, że nie przeczytała żadnej lektury ani nawet żadnej książki w ciągu ostatnich X lat, że olewają naukę, bo to przecież bzdura, a mama zawsze kasę na zachci-
anki da… Mam ochotę umrzeć, zanim oni skończą szkoły i pójdą do pracy.

Kiedy widzę czym świat się zachwyca, jakie idee wynosi na piedestały, jakie wzorce podaje nam na tacy, jaką papką karmią nas media… Żałuję, że nie urodziłam się w innych czasach.

Wszyscy są dobrymi krzykaczami, wszyscy potrafią się odszczeknąć, wszyscy potrafią słownie zaatakować drugą osobę, najlepiej jeszcze anonimowo lub za plecami. Ale mało jest ludzi przyzwoitych, inteligentnych, odważnych. Mało jest ludzi, z którymi można godzinami rozmawiać lub godzinami komfortowo pomilczeć. Mało jest ludzi, przy których czujemy się bezpiecznie. Dla mnie, kobiety – mało jest facetów, co do których miałabym pewność, że w razie niebezpieczeństwa to oni będą mnie bronić, a nie na odwrót.



 Gdyby teraz ktoś przez przypadek wywołał wojnę nie wiem, kto miałby w niej walczyć. Prawdziwych młodych, silnych i sprawnych fizycznie mężczyzn została już chyba tylko garstka, a te metroseksualne patyczki nie miałyby dość siły, żeby utrzymać broń. Nie mówiąc już o silnej woli i psychice w przechodzeniu przez to piekło. Kobiety za to prędzej by się zakłóciły na śmierć, albo strzeliły focha. Przynajmniej byłoby humanitarnie.

Jednak mam nadzieję, że wojna nie nadejdzie.


pics: www.theclassyissue.com

sobota, 10 maja 2014

Recepta na szczęście



Kolorowe magazyny i różne portale internetowe zasypują nas artykułami o tym jak być szczęśliwym w kilku krokach. Tak naprawdę te porady wszędzie się powtarzają, jednak ludzie i tak to czytają – w końcu gdyby było inaczej, cóż za sens istniałby w powielaniu schematów? W prosty sposób świadczy to również o niezdolności ludzi do zastosowania się do wymienionych porad. Przecież jeśli wdrożymy je w nasze życie będziemy szczęśliwi i zniknie nasza potrzeba czytania o tym po raz „enty”.

Żaden z tych artykułów rzecz jasna nie jest specjalnie odkrywczy. Oto dowód:


Jakiś czas temu mój tato znalazł tę książeczkę w naszej piwnicy. Wydrukowana została w 1970 roku i wiele informacji w niej zawartych jest już nieaktualne (jak np. wyższość margaryny nad masłem w każdym calu, czy zakaz spożywania więcej niż dwóch jajek w tygodniu ze względu na dużą zawartość cholesterolu w żółtkach), niemniej myślę, że te osiem krótkich porad zawartych pod tytułem „Recepta na szczęście” nigdy się nie zmieni :)










Prawda, że identyczne z tym, co serwują nam współczesne pisemka?

wtorek, 22 kwietnia 2014

Luźne przemyślenia pod wpływem lektury



Nie będzie to recenzja, przynajmniej nie taka typowa. Bardziej opiszę tu myśli, jakie nasunęły mi się podczas lektury „Domu nad rozlewiskiem” – książki napisanej typowo dla relaksu, odcięcia się od problemów i oczyszczenia umysłu. Innymi słowy, typowej przedstawicielki rodzaju lekka, łatwa i przyjemna.


Głowna bohaterka Gosia (autorka powieści ma na imię Małgorzata. Przypadek? Nie sądzę.) po perturbacjach życiowych przeprowadza się do matki na mazurską wieś i zaczyna prowadzić mniej skomplikowany żywot. Mniej więcej tak można streścić fabułę. W książce występuje wiele porównań mieszkania w wielkim, anonimowym mieście (w tym wypadku Warszawie) do życia w wiosce, w której wszyscy się znają. Tu właśnie chciałam się zatrzymać.

Myśląc o swojej przyszłości zawsze wiązałam ją z mieszkaniem w dużym mieście. W końcu tu się najwięcej dzieje, wszędzie jest blisko, cywilizacja, te sprawy. Z pracą też prościej, więcej potencjalnych pracodawców (czy raczej – w moim przypadku – w ogóle jakiś pracodawca), lepsza perspektywa zarobkowa. Kino, siłownia, restauracje, wszystko pod ręką. Większa anonimowość, większa światowość i mniejsze prawdopodobieństwo, że wyjdzie z nas wiocha podczas spotkania biznesowego z np. kontrahentem zagranicznym. Poziom edukacji też (raczej) wyższy, więc jeśli kto planuje posiadać potomstwo tym bardziej ten argument będzie do niego przemawiał.

I tak sobie do tej pory żyłam przekonana o swojej przyszłości związanej z dużym miastem. Aż kumpela pożyczyła mi wspomnianą wyżej książkę pani Kalicińskiej.

Wielki dom z ogrodem, pies, rozlewisko, las, brak wielkomiejskiego zgiełku, cisza… Coś we mnie drgnęło. Jako rasowy aspołecznik nie przepadam zbytnio za towarzystwem ludzi. A już tym bardziej obcych lub nowo poznanych, którzy (że posłużę się słowami mojej współlokatorki) „wyżej srają niż dupę mają”. Żeby nie było, nie wszyscy mieszkańcy dużych miast tacy są. Znam wielu normalnych, miłych i całkiem przyjaznych ludzi, ale statystycznie rzecz biorąc większe prawdopodobieństwo napotkania takich bubków jest tam, gdzie więcej mieszkańców. I też bogatsi wyjeżdżają do dużych miast, a to zwykle ci arcyważni biznesmeni, ich żony i potomstwo tak się zachowują.

OK, przejdźmy do tej polskiej wsi mlekiem i miodem płynącej. Chociaż w sumie nie do końca, bo raczej wódą i biedą – o czym pani Kalicińska nie zapomniała i co mi się nawet spodobało w tej książce. Wieś nie jest ułagodzona, pokazywana w samych superlatywach. Nie patrzymy na nią oczami wielkomiastowej damy, którą zaślepił spokój i proste życie. Widzimy pijaństwo, patologię, upadające gospodarstwa oraz firmy. Biedę oraz stoczenie się na dno. Z drugiej strony jednak mamy tu spokój, las, wodę, w której można na dziko popływać, zero miejskiego hałasu, gnania za kasą. I to mnie bardzo pociąga. Zaszyć się w domu z widokiem na las, daleko od cywilizacji, od wścibskich oczu, od natłoku zajęć i poganiania przez pracodawcę. Taka odskocznia od dnia codziennego, bardziej lirycznie – przystań lub opoka. Wsi spokojna, wsi wesoła.

No dobra, fajnie i w ogóle, dom, ogródek, pies, ale też wszędzie daleko. Po dłuższym czasie w domu, w mojej małej mieścinie (nie wsi, ale w sumie aż tak bardzo to się nie różni) zaczyna mi się nudzić. W wakacje po prostu szału można dostać. Nie ma gdzie spotkać się ze znajomymi, wyjść na kawę, usiąść i porozmawiać. Ileż można siedzieć na swoim własnym ogródku? Spokój też bywa męczący. Jestem człowiekiem, który jeśli nie ma miliona spraw na głowie dostaje szału. Co za dużo to też niezdrowo i po całym tygodniu na uczelni padam na twarz. Bywają tygodnie, w których siedzę w „pracy” od rana do wieczora – zajęcia, telefony od profesorów, ustalanie różnych bzdetów, koła naukowe, starościnowanie, nauka (!), a jeszcze obiad trzeba zrobić, pozmywać, posprzątać…

Złoty środek? Działka w pobliżu Tatr z dużym ogrodem, salon z oknem na całą ścianę i widokiem na góry, pies latający po podwórku plus małe mieszkanie w Krakowie lub Zakopanem, żeby było gdzie przenocować w razie późnego powrotu z dyżuru. Ciekawe tylko kto na to zarobi. Medycyna i te sprawy, owszem, owszem; problem taki, że w mojej wymarzonej specjalizacji nie ma mowy o prywatnej praktyce. A państwowe pensje wcale oszałamiające nie są.

Na chwilę jeszcze wrócę do głównej bohaterki „Domu nad rozlewiskiem”. Kobieta, lat 47-49, na początku bardzo zadbana, z czasem rośnie wszerz, nie dba o makijaż i jak sama mówi, zamienia się w „mamuśkę”. W Warszawie wiodła bardzo nieszczęśliwy podłóg swego mniemania żywot. Praca w agencji reklamowej, brak czułości ze strony stale kontrolującego się małżonka, miła teściowa ogarniająca dom, całkiem udana córka. W trakcie pracy w firmie Gosia zdążyła przespać się z prezesem, następnie z kolegą z pracy, który to rozbudził w niej prawdziwe rządze. Ze względu na wiek wylano ją z pracy. Wyjeżdża na wieś do matki (w poszukiwaniu samej siebie), po drodze rozstaje się polubownie z mężem. Już po przytyciu i przejściu „na wiejską stronę mocy” przeżywa aż trzy romanse: ze swoim byłym współpracownikiem, z wiejskim dentystą i właścicielem firmy meblowej. Z każdym się przespała, każdy pragnie się z nią związać na dłużej, wszyscy jej pragną. Jakby się dało to jeszcze kilku chętnych panów na jej kobiece wdzięki by się znalazło, ale albo za starzy, albo zajęci.

Od 21 lat mieszkam w małej miejscowości otoczonej zewsząd wsiami. Analizuję życie tutaj i porównuję z tym, co przeczytałam w książce. Moje pytanie brzmi: skąd ta bohaterka na wsi znalazła tylu wolnych facetów chętnych do tego, żeby im do łóżka wskoczyła i to nie tylko na raz, ale żeby tworzyć jakiś związek? Z moich obserwacji wynika, że to facet ma powodzenie u wielu kobiet, nie odwrotnie. Więcej tu starych panien niż wdów. Albo zawiedzionych życiowo małżonek, których mąż pije na umór, do pracy nie chodzi i tylko siedzi przed telewizorem, żłopie piwo na zmianę z wódą i piekli się o byle co. A jak się pojawi jakiś nowy kawaler, to polecą do niego jak ćmy do ognia. Z kolei jak się pojawi taka "singielka" to nawet nikt uwagi nie zwróci.

Mam wrażenie, że w tej kwestii pani Małgorzata Kalicińska po trochu opisywała swoje życie i to jak chciałaby, żeby się potoczyło. W końcu wiele elementów z jej biografii pasuje do obrazu naszej heroiny. Cóż, nie należy jednak zapominać, że to powieść mająca na celu przynieść rozrywkę, zainteresować i wywołać uśmiech na twarzy. I tego się trzymajmy.


zdjęcia: google.pl

niedziela, 16 marca 2014

Kochasz?



Zdziwicie się, jak wiele razy słyszałam od osób będących w długotrwałym (co najmniej dwuletnim, ale najczęściej dłuższym niż 5 lat) związku pytanie „Czy ja go/ją jeszcze kocham?”. Kiedyś już poruszałam temat chemii miłości (tekst możecie przeczytać tutaj). Po pewnym okresie zaczynamy się przyzwyczajać do naszego partnera, a efekt motyli w brzuchu po prostu znika i nie ma w tym nic dziwnego.

Jak jednak rozróżnić kiedy mamy do czynienia ze zmianą uczuć na bardziej stabilne, a kiedy zwyczajnie wieje nudą i naprawdę nie wiadomo, czy warto dalej tkwić w związku? Cóż, żadnym guru w tej kwestii nie jestem, a moich słów nie radzę traktować jako wyroczni. Mimo to są w moim życiu osoby, które kocham (choć można je policzyć na palcach jednej ręki) i jestem tego tak pewna jak faktu, iż powyżej chmur zasnuwających dziś niebo świeci słońce.

Istnieje bardzo prosty test, dzięki któremu możecie określić wartość obecności danej osoby w swoim życiu. Po prostu wyobraźcie sobie, że… nagle jej nie ma. Następnie zanalizujcie, co w tej chwili czujecie. Sama niedawno doświadczyłam raczej niemiłej symulacji tego typu zdarzenia. Kilka miesięcy temu śniło mi się, iż w ciepły, słoneczny dzień siedziałam w domu z bratem i dziadkami, a moi rodzice wybrali się dokądś samochodem. Nagle słyszę dzwonek do drzwi, na parterze robi się mały rozgardiasz – ktoś zauważył policję przed bramą. Po chwili słyszę, jak babcia wprowadza parę mundurowych i już wiem, co ma się wydarzyć. Zbiegam na dół, a będąc jeszcze na schodach dociera do mnie informacja wypowiadana z ust policjantki do mojej babci:

„Był wypadek samochodowy, państwa córka z mężem zginęli”

W momencie, w którym dotarła do mnie ta informacja wpadłam w histerię. Wybiegłam z domu z krzykiem, popędziłam na opuszczony plac zabaw (powrót do szczęśliwego dzieciństwa?) i zaczęłam szlochać. Byłam spanikowana, nie mogłam do siebie dopuścić myśli, że ktoś zabrał moich rodziców i już nigdy ich nie zobaczę ani nie przytulę.

Sen na szczęście się skończył (a może ja się przebudziłam), a gdy wreszcie dotarło do mnie, że to tylko koszmar poczułam jak kamień spada mi z serca. Skłoniło mnie to do przemyśleń – tym razem już na jawie – jak naprawdę bym się zachowała w takiej sytuacji. Odpowiedź: identycznie jak w tym śnie. Co więcej miałabym wrażenie, że moje życie się skończyło. Prawdę powiedziawszy wolałabym nigdy nie dożyć dnia śmierci moich rodziców.

Poza nimi są jeszcze dwie osoby, których nagły brak spowodowałby ogromną wyrwę w moim życiu. Może nie aż tak spektakularną, jak w powyższym przypadku, jednak wraz z ich odejściem zginęłaby jakaś część mnie. Łącznie cztery osoby, bez których nie wyobrażam sobie egzystować, choć na co dzień nie okazujemy sobie specjalnie uczuć (jeśli w ogóle jakieś sobie okazujemy). Taka jest proza życia i to chyba dobrze, bo chodzenie non stop z głową w chmurach może być dla nas niebezpieczne.