niedziela, 16 lutego 2014

Czy warto studiować?



Jak się zapewne domyślacie, moja dość długa absencja na blogu spowodowana była poświątecznym powrotem na uczelnię. Niemal od pierwszego dnia wrzucono nas w wir szaleńczej nauki, chociaż (jak już pewnie wcześniej wspominałam) nie mamy „typowej” sesji, tylko sesję ciągłą i dlatego ani w styczniu ani w lutym nie mieliśmy egzaminów jako takich. Za to mnóstwo zaliczeń, kolokwiów, wejściówek, testów, sprawdzianów praktycznych, także na nudę nie mogliśmy się uskarżać. Znalazłam jednak trochę wolnego i oto nowy post ;)



Któregoś dnia razem z moją współlokatorką dyskutowałyśmy na temat braku wykształcenia jednej z młodych polskich blogerek, która odniosła naprawdę spory sukces. Dziewczyna jest młodsza ode mnie i po maturze nie poszła utartym szlakiem na studia jak ogromna większość naszego społeczeństwa. Zamiast tego podróżuje po świecie, spotyka inspirujących ludzi, robi to co lubi i jeszcze ma z tego kasę. Moja współlokatorka stwierdziła, że dobra, teraz może jest fajnie i dziewczyna się rozwija, ale za jakiś czas jej 5 minut minie i co wtedy zrobi? Zostanie z niczym?

Tak naprawdę nacisk na studia zaraz po maturze kładzie na młodzież wielu ludzi – rodzice (przede wszystkim), rówieśnicy, którzy planują na jaką uczelnię będą składali dokumenty, społeczeństwo, a także państwo. Tylko czy tytuł magistra w dzisiejszych czasach jest absolutnie każdemu niezbędnie do życia potrzebny?

Na pierwszy rzut oka bez odpowiedniego wykształcenia, najlepiej wyższego, trudniej jest znaleźć pracę. Moja mama, która ze względu na zagrożoną ciążę musiała przerwać studia, ze spokojem pracowała na jednym stanowisku w tym samym miejscu pracy przez około 15 lat, aż nagle weszła w życie ustawa twierdząca, iż osoby uprawiające ten zawód muszą mieć tytuł magistra. Wobec tego mama musiała wrócić na studia, a jej nastoletnia córka mogła uczestniczyć w uroczystości absolutoryjnej własnej rodzicielki. Jak myślicie, czy w tym przypadku zdobycie wyższego wykształcenia w jakiś sposób wpłynęło na jej pracę? Niekoniecznie.

Moim zdaniem nie każdy zawód wymaga ukończenia studiów. Zawody te (niestety!) są jednak niedoceniane wśród społeczeństwa, bo przecież już po zawodówce można je wykonywać. No właśnie – są łatwo dostępne, szybciej można rozpocząć taką pracę, w młodszym wieku zacząć zarabiać… Czy naprawdę wszyscy uważamy, że kopanie rowów za 3 tysiące to wstyd? Ja tak nie uważam. Każdy uczciwy zawód jest nam potrzebny. Robotnicy, fryzjerki, ekspedientki w sklepie na kasie, piekarze, listonosze i wiele, wiele innych – bez nich życie zwykłego Kowalskiego byłoby mocno utrudnione! Zważmy też fakt, iż taką na przykład zawodówkę kończy się w wieku 18/19 lat. Już w czasie nauki w szkole rozpoczyna się pracę w zawodzie. Czyli ta młodzież mniej więcej od ukończenia gimnazjum na siebie zarabia. Owszem, nie są to kokosy, ale to i tak sukces w porównaniu do takiego studenta medycyny, który (jeśli dobrze pójdzie) zacznie na siebie zarabiać około 25. roku życia. Zaznaczam – jeśli dobrze pójdzie, bo tak naprawdę wielu zaczyna utrzymywać się z wykonywanego zawodu w trakcie/po zrobieniu specjalizacji, czyli koło trzydziestki.

Można też otrzymywać profity zakładając własną firmę, prezentując światu swoją markę. Młodzi ludzie są kreatywni i pełni sił oraz entuzjazmu. Dużo pracy, a także determinacja są dla nich sposobem na sukces. Niejednokrotnie studia z tą swoją sesją i nawałem nauki ograniczają ich możliwości czasowe, a także zabierają energię. Nie da się trzymać czterech srok za ogon, a doba ma tylko 24 godziny. Wiele przykładów na potwierdzenie tej tezy możecie poszukać w Internecie – kilka z nich to chociażby Bill Gates, Mark Zuckerberg, Steve Jobs, sir Richard Branson czy Julian Assange.

Co w takim razie dają nam studia poza papierkiem świadczącym o ich ukończeniu? I po co ta cała nagonka, żeby iść na uniwersytet?

Zacznijmy od drugiego pytania. W panującym na świecie wyścigu szczurów tytuł naukowy daje nam pewnego rodzaju przewagę nad konkurencją. Przewaga ta jest jednak dość dyskusyjna i nie zawsze ma rację bytu. Ludzie dążą jednak do tego, żeby w towarzystwie nie wyjść na głupich. Bo prawda jest taka, że w Polsce zwraca się uwagę na wykształcenie. Jak ktoś nie pójdzie na studia, to zaczyna się biadolenie, rwanie włosów z głowy i plotki wśród sąsiadów. A i państwo woli wysłać młodych na uniwersytet, niż martwić się stopą bezrobocia w tym przedziale wiekowym.

A co z drugim pytaniem – co dają nam studia? Z tym wiąże się też kolejne: czy warto na nie iść? Otóż nie zapominajmy, że studia jednak na coś się przydają. Studia dają nam przede wszystkim możliwości. Poznajemy mnóstwo nowych ludzi, uczestniczymy w projektach, organizujemy spotkania, uczęszczamy na koła naukowe, piszemy prace naukowe, robimy praktyki – owszem, jak ktoś jest zaradny, to i bez studiów takie możliwości znajdzie. Jednak jest to o wiele trudniejsze i chwała tym, którym się udało. Wracając do studentów: jedni wolą płynnie przebrnąć od sesji do sesji, a poza tym raczej wolą nie zawracać sobie głowy nauką, projektami, czy czymkolwiek co wymagałoby włożenia wysiłku i pracy. No cóż, w takich przypadkach osiągnięcie tytułu rzeczywiście niewiele zmienia w życiu. Inni z kolei dostrzegają dla siebie szansę, robią podwaliny pod przyszłą karierę, ćwiczą swój charakter. Nie wierzycie? Podam Wam własny przykład.

Od zawsze byłam raczej aspołecznym introwertykiem. Nie lubiłam się zbyt często odzywać, chodzić na imprezy, poznawać nowych ludzi, wypowiadać na forum. Na pierwszym roku studiów również niczym się nie wyróżniałam. Aż na początku drugiego roku zostałam starościną (przed czym wcześniej mocno się wzbraniałam, gdyż bałam się nawału obowiązków). Uwierzcie mi, że nic lepszego nie mogło mnie spotkać. Nagle odkryłam w sobie zdolności przywódcze, musiałam przebić się przez swoją nieśmiałość, żeby ustalać ważne dla nas sprawy z asystentami, kierownikami katedr, paniami w dziekanacie ;) Nie boję się odezwać, wyrazić swojego zdania, walczyć o swoje. Kolejna rzecz – koła naukowe. Szansa na rozwinięcie swoich zainteresowań i nabranie doświadczenia. To właśnie one dają nam możliwość wykonania pracy naukowej oraz jej zaprezentowania na szerszym forum (niejednokrotnie jest to konferencja naukowa), a nawet publikacja w branżowym czasopiśmie. Takie rzeczy można następnie wpisać z czystym sumieniem w CV i już przyszły pracodawca patrzy na nie zupełnie innym okiem, niż na stos życiorysów, w których pozycją rozpoczynającą i jednocześnie kończącą jest uzyskanie tytułu magistra z danego przedmiotu na takiej i takiej uczelni.

Reasumując – studia to możliwości, nie tylko suche wkuwanie definicji i wzorów. To nabywanie doświadczenia, kształcenie charakteru, poznawanie nowych ludzi, jeśli tylko korzysta się z nich w odpowiedni sposób. Natomiast nie każdy z nas musi mieć wykształcenie wyższe. I nie znaczy to, że jest gorszy. Znaczy to, że szybciej znalazł pomysł na samego siebie, że już wcześniej potrafił wykorzystać swoje umiejętności i możliwości. Dlatego nie skazujmy innych za brak dyplomu. Wszyscy znamy przecież historie magistrów bez pracy.

środa, 8 stycznia 2014

Z pamiętnika studentki medycyny #3




Jako, że jestem na trzecim roku wiele osób pyta mnie czy już podzielili nas na specjalizacje i jaką wybrałam. Ostatnio nawet kłóciłam się z pracownikiem ubezpieczalni, który chcąc zaznaczyć te dane w dokumentach upierał się, iż musiałam już przecież wybrać specjalizację! Sama kiedyś myślałam, że tylko dwa pierwsze lata studiów medycznych są „ogólne”, a potem kształcimy się w konkretnym kierunku. Aby więc ukrócić te plotki i domysły, wlać w Wasze głowy nieco prawdy, postanowiłam spłodzić wpis pokrótce przedstawiający ścieżki kariery młodego medyka.


Pierwszym krokiem w świat białych kitli jest oczywiście zdanie matury. I to nie byle jakiej, bo rozszerzonej z biologii oraz (w zależności od uczelni) również rozszerzonej chemii i/lub fizyki. Ja potrzebowałam tylko biologii i chemii – na szczęście ;) Już w liceum wbijano nam do głów, że aby w ogóle myśleć o składaniu papierów na medycynę musimy uzyskać przynajmniej po 90% z obu tych arkuszy. Jest w tym sporo racji: w moim roczniku próg w Poznaniu wynosił 172 pkty (suma procentów z biologii i chemii), czyli średnio trzeba było mieć przynajmniej te 86%.


Dostaliśmy się już na studia (serio myślicie, że jest się z czego cieszyć?), więc co dalej? Otóż teraz są dwie drogi, jednak różniące się zaledwie jednym szczegółem. W zależności, w którym roku nas przyjęli tyle lat będziemy studiować. Mój rocznik jest ostatnim, który na uniwersytecie spędzi 6 lat. Rocznik niżej ma już studia pięcioletnie, co według mnie (a także wielu mądrzejszych person) jest kompletną bzdurą. Spróbujcie ogarnąć taką samą ilość materiału mając na to 365 dni mniej niż do tej pory (czyli potwornie dużo). Fajny pomysł? Niekoniecznie. Jednak nie ma co biadolić, ktoś na stołku tak postanowił, a plebs nie ma nic do gadania.


Chociaż ja bym kazała tej osobie przejść przez pięcioletni kurs medycyny. Może wtedy by ją oświeciło, że oszczędności oszczędnościami, ale student cyborgiem nie jest.


(Doszły mnie jednak słuchy, że ktoś zmądrzał i od przyszłego roku ma powrócić system sześcioletni. Czyli ktoś tam jeszcze w tej Warszawie używa głowy do bardziej szczytnych celów niż walenie nią w blat mahoniowego biurka).

Anyway, jako szczęśliwi studenci rozpoczynamy pierwszy rok, potem (jeśli się uda) drugi i zastanawiamy się co zajęcia, na które chodzimy, mają wspólnego z leczeniem ludzi? Odpowiedź jest prosta – niewiele, więc nie będę się nad tym rozwodzić. No i wreszcie ten trzeci rok! Moja uczelnia powiększa wtedy powstałe już grupy studenckie przez redukcję ich liczby (czyli zamiast 16 siedemnastoosobowych grup, mamy 10 grup po dwadzieścia parę żaków). Wreszcie też nieśmiało zaczynamy witać szpitalne progi. Jednak nie wybieramy sobie specjalizacji! Na to przychodzi czas po studiach.


OK, reszta studiów to coraz częstsze przebywanie na oddziałach, a coraz rzadsze w murach uczelni. Załóżmy więc, że szczęśliwie dobrnęliśmy do końca szóstego roku. Teraz czeka nas jeszcze rok stażu w szpitalu (już z tytułem lekarza), czyli po prostu pracy na różnych oddziałach przez określony czas i podpatrywanie zabaw dorosłych. Jak się uda – będzie to praca, za którą dostaniecie wynagrodzenie. Jednak miejsc stażowych jest mniej niż absolwentów uniwersytetów medycznych i tak często okazuje się, iż ten rok trzeba przepracować w ramach wolontariatu. Dlatego wszyscy wielbią weekendowe i świąteczne dyżury na SORze lub w karetce, dzięki którym stać nas na opłacenie czynszu. W tak zwanym międzyczasie musimy zdać Lekarski Egzamin Końcowy (LEK), sprawdzający naszą wiedzę nabytą przez ostatnie lata.


Dopiero po odbębnieniu stażu i pomyślnym zdaniu LEKu myślimy o specjalizacji. Jednak ilość miejsc na określoną speckę jest ograniczona, tzn. w danym roku na przykład na medycynę sądową w Wielkopolsce jest jedno miejsce, a na pediatrię 48. Ciekawostka – pediatria i medycyna rodzinna to specjalizacje z największą liczbą miejsc. O przyjęciu decyduje wynik LEKu, bądź… znajomości. W każdym razie specjalizacja dzieli się na specjalizację ogólną (czyli pierwszy etap wtajemniczenia) i szczegółową (etap no. 2). W zależności od wybranej ścieżki naukowej, oba te etapy mogą trwać 2-4 lat każdy.





Dopiero po przejściu przez te wszystkie stopnie budzimy się nagle w łóżku mając na karku trzydziestkę z hakiem i z radością krzyczymy Jestem lekarzem!, a potem wracamy do szarej codzienności, zmęczeni życiem wlewamy w siebie pierwszy tego ranka hektolitr kawy i ledwo powłócząc nogami udajemy się na kolejny dyżur. 






pics: google.com

piątek, 3 stycznia 2014

Co mnie denerwuje w kobietach – część II





BUŃCZUCZNA MARUDA


W Nowy Rok wyciągnęłam kumpelę do kina na drugą część „Hobbita” (uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam!). Jak łatwo się można domyślić, widownia w większości składała się z męskiej części naszej populacji. Na sali było jednak kilka par i (na moje nieszczęście) koło jednej z nich przyszło mi siedzieć. W sumie nie dochodziły do mnie ssąco-mlaskające odgłosy, które za każdym razem wywołują nienawiść wśród pozostałych widzów. Co więc mnie tak wzburzyło?


Pod koniec filmu, kiedy krasnoludy walczyły ze Smaugiem, z prawej strony dopłynął do moich uszu komentarz wypowiedziany absolutnie nieprzyciszonym damskim głosem „Ale to jest nudne!”. Mniejsza o to, że miałam ochotę momentalnie wyrzucić tę laskę z sali kinowej. W końcu de gustibus non disputandum est* i nie każdy musi uważać hybrydę Tolkiena z Peterem Jacksonem za absolutne bóstwo. Słowa te skłoniły mnie jednak do przemyśleń na temat kobiecego marudzenia.


Wyrażanie swojej opinii jest jak najbardziej na porządku dziennym i każdy ma do tego święte prawo. Jest jednak różnica między wyrażeniem zdania na dany temat, okraszonym rzeczową argumentacją, a rzuceniem Ale to głupie!, Boże, co za nudy!, Jak ty możesz to oglądać/czytać/w to grać?!. Może nie jest to tylko domena kobiet, aczkolwiek z mojego doświadczenia wynika, iż częściej to właśnie my jesteśmy skłonne do prychania tego typu tekstami. W ten sposób dajemy do zrozumienia osobie preferującej wybrany typ rozrywki, że jego IQ dorównuje poziomowi ameby i w pełni nim gardzimy. (OK,  może wyolbrzymiam. Ale tylko troszkę). Za to jak ktoś okrasi podobnym komentarzem jej ukochaną komedię romantyczną, w zamian otrzyma forever focha z przytupem i melodyjką, o którym pisałam już w poprzednim poście.


GŁUPIUTKA PANIENKA


Zagrywka bardzo nieczysta, gorsza niż brutalny faul na boisku podczas finału Mistrzostw Świata. Przykład z życia wzięty: na zajęciach z etyki lekarskiej dyskutowaliśmy o wynajmowaniu ludzkich inkubatorów, popularnie zwanych surogatkami. Jedna z koleżanek gorąco poparła ten pomysł argumentując, że jest to najlepszy z możliwych inkubatorów (zgadzam się) i w sumie co w tym złego? Przyszli rodzice są zadowoleni, bo dosłownie dostaną swoje wymarzone dziecko, a kobieta, która swojego brzucha użyczyła dostanie odpowiednie wynagrodzenie. I wszyscy są szczęśliwi!


I tu pojawił się mój sprzeciw, gdyż wg prawa polskiego matką biologiczną jest kobieta, która owo dziecko urodziła. Genetyka póki co ma niewiele do powiedzenia w tej sprawie. A organizm ciężarnej wytwarza hormony, m. in. oksytocynę, która odpowiada za silną więź matki z dzieckiem. W związku z tym zdarzają się sytuacje, że surogatka po urodzeniu nie chce oddać dziecka swoim „pracodawcom”. W razie rozprawy sądowej (chociaż w Polsce wynajmowanie brzucha jest nielegalne) prawa do dziecka otrzyma rodząca. Tu pies pogrzebany – dorośli będą się ciągać po sądach, prośbą, groźbą i czym tam jeszcze będą próbowali wpłynąć na drugą stronę, niszcząc sobie doszczętnie nerwy. Dziecko w pewnym momencie też nabierze świadomości, a sytuacja wcale nie będzie dla niego łatwa do przyjęcia. Czy zatem można tak lekko stwierdzić, że wszyscy są szczęśliwi?


Koleżanka próbowała się jeszcze przez chwilę bronić, jednak widząc, że raczej nie ma szans, postawiła wszystko na jedną kartę. No, ale przecież ty nie chcesz mieć dzieci, więc nie ma o co się kłócić zakończyła dyskusję słodkim głosikiem z szerokim uśmiechem na twarzy. Aby była jasność – lubię tę koleżankę, jednak taki obrót spraw po pierwsze zbił mnie z tropu, po drugie nieźle wkurzył. Brak mi argumentów, więc robię słodkie minki i liczę, że ktoś się na to nabierze? Może na facetów to działa, lecz na mnie bynajmniej nie.


Panienki głupiutkie stosują swój chwyt nie tylko w dyskusjach. Pojawiają się nagle, kiedy dziewczyny próbują zatuszować swoje faux pas*, brak rozeznania w temacie lub zwyczajnie grają na uczuciach swojego ukochanego, żeby coś na nim wymusić. Przykrym jest fakt, że mężczyźni dają się nabrać na takie zagrywki. Co tylko utwierdza te panie w przekonaniu, iż metoda jest skuteczna i warto ją kultywować.


I JESZCZE KILKA INNYCH…



Brak zdecydowania nawet w najdrobniejszych sprawach. Niby od podejmowania męskich decyzji są mężczyźni, ale czy naprawdę musimy radzić się dziesięciu koleżanek, czy warto zainwestować 3,50 zł w różowy lakier do paznokci? Zresztą, i tak nieważne co powiedzą, kobieta dalej nie będzie wiedziała na co się zdecydować. Aż w końcu zadecyduje za nią przypadek.


Plotki, ploteczki, diety, ciuchy i faceci, czyli stereotypowo najczęstsze tematy babskich rozmów. Raz na jakiś czas – spoko, ale jeśli miałabym gadać o tym non stop, to mój mózg zamieniłby się w końcu w płynną galaretę. Naprawdę są ciekawsze tematy do obgadania, tylko niektóre wymagają posiadania trochę większej ilości wiedzy. A z tym, jak wiadomo, u niektórych bywa różnie.



Drogie Panie, mam nadzieję, że nie strzelacie mi teraz focha ;) Opisałam tu kilka zachowań, które pojawiają się u przedstawicielek naszej płci, jednak na szczęście nie dotyczą każdej z nas. Są to głównie stereotypy, jednakże pamiętajmy, że każdy stereotyp ma swoje źródło w prawdziwym świece.




*Wujek Google pomoże.