wtorek, 22 kwietnia 2014

Luźne przemyślenia pod wpływem lektury



Nie będzie to recenzja, przynajmniej nie taka typowa. Bardziej opiszę tu myśli, jakie nasunęły mi się podczas lektury „Domu nad rozlewiskiem” – książki napisanej typowo dla relaksu, odcięcia się od problemów i oczyszczenia umysłu. Innymi słowy, typowej przedstawicielki rodzaju lekka, łatwa i przyjemna.


Głowna bohaterka Gosia (autorka powieści ma na imię Małgorzata. Przypadek? Nie sądzę.) po perturbacjach życiowych przeprowadza się do matki na mazurską wieś i zaczyna prowadzić mniej skomplikowany żywot. Mniej więcej tak można streścić fabułę. W książce występuje wiele porównań mieszkania w wielkim, anonimowym mieście (w tym wypadku Warszawie) do życia w wiosce, w której wszyscy się znają. Tu właśnie chciałam się zatrzymać.

Myśląc o swojej przyszłości zawsze wiązałam ją z mieszkaniem w dużym mieście. W końcu tu się najwięcej dzieje, wszędzie jest blisko, cywilizacja, te sprawy. Z pracą też prościej, więcej potencjalnych pracodawców (czy raczej – w moim przypadku – w ogóle jakiś pracodawca), lepsza perspektywa zarobkowa. Kino, siłownia, restauracje, wszystko pod ręką. Większa anonimowość, większa światowość i mniejsze prawdopodobieństwo, że wyjdzie z nas wiocha podczas spotkania biznesowego z np. kontrahentem zagranicznym. Poziom edukacji też (raczej) wyższy, więc jeśli kto planuje posiadać potomstwo tym bardziej ten argument będzie do niego przemawiał.

I tak sobie do tej pory żyłam przekonana o swojej przyszłości związanej z dużym miastem. Aż kumpela pożyczyła mi wspomnianą wyżej książkę pani Kalicińskiej.

Wielki dom z ogrodem, pies, rozlewisko, las, brak wielkomiejskiego zgiełku, cisza… Coś we mnie drgnęło. Jako rasowy aspołecznik nie przepadam zbytnio za towarzystwem ludzi. A już tym bardziej obcych lub nowo poznanych, którzy (że posłużę się słowami mojej współlokatorki) „wyżej srają niż dupę mają”. Żeby nie było, nie wszyscy mieszkańcy dużych miast tacy są. Znam wielu normalnych, miłych i całkiem przyjaznych ludzi, ale statystycznie rzecz biorąc większe prawdopodobieństwo napotkania takich bubków jest tam, gdzie więcej mieszkańców. I też bogatsi wyjeżdżają do dużych miast, a to zwykle ci arcyważni biznesmeni, ich żony i potomstwo tak się zachowują.

OK, przejdźmy do tej polskiej wsi mlekiem i miodem płynącej. Chociaż w sumie nie do końca, bo raczej wódą i biedą – o czym pani Kalicińska nie zapomniała i co mi się nawet spodobało w tej książce. Wieś nie jest ułagodzona, pokazywana w samych superlatywach. Nie patrzymy na nią oczami wielkomiastowej damy, którą zaślepił spokój i proste życie. Widzimy pijaństwo, patologię, upadające gospodarstwa oraz firmy. Biedę oraz stoczenie się na dno. Z drugiej strony jednak mamy tu spokój, las, wodę, w której można na dziko popływać, zero miejskiego hałasu, gnania za kasą. I to mnie bardzo pociąga. Zaszyć się w domu z widokiem na las, daleko od cywilizacji, od wścibskich oczu, od natłoku zajęć i poganiania przez pracodawcę. Taka odskocznia od dnia codziennego, bardziej lirycznie – przystań lub opoka. Wsi spokojna, wsi wesoła.

No dobra, fajnie i w ogóle, dom, ogródek, pies, ale też wszędzie daleko. Po dłuższym czasie w domu, w mojej małej mieścinie (nie wsi, ale w sumie aż tak bardzo to się nie różni) zaczyna mi się nudzić. W wakacje po prostu szału można dostać. Nie ma gdzie spotkać się ze znajomymi, wyjść na kawę, usiąść i porozmawiać. Ileż można siedzieć na swoim własnym ogródku? Spokój też bywa męczący. Jestem człowiekiem, który jeśli nie ma miliona spraw na głowie dostaje szału. Co za dużo to też niezdrowo i po całym tygodniu na uczelni padam na twarz. Bywają tygodnie, w których siedzę w „pracy” od rana do wieczora – zajęcia, telefony od profesorów, ustalanie różnych bzdetów, koła naukowe, starościnowanie, nauka (!), a jeszcze obiad trzeba zrobić, pozmywać, posprzątać…

Złoty środek? Działka w pobliżu Tatr z dużym ogrodem, salon z oknem na całą ścianę i widokiem na góry, pies latający po podwórku plus małe mieszkanie w Krakowie lub Zakopanem, żeby było gdzie przenocować w razie późnego powrotu z dyżuru. Ciekawe tylko kto na to zarobi. Medycyna i te sprawy, owszem, owszem; problem taki, że w mojej wymarzonej specjalizacji nie ma mowy o prywatnej praktyce. A państwowe pensje wcale oszałamiające nie są.

Na chwilę jeszcze wrócę do głównej bohaterki „Domu nad rozlewiskiem”. Kobieta, lat 47-49, na początku bardzo zadbana, z czasem rośnie wszerz, nie dba o makijaż i jak sama mówi, zamienia się w „mamuśkę”. W Warszawie wiodła bardzo nieszczęśliwy podłóg swego mniemania żywot. Praca w agencji reklamowej, brak czułości ze strony stale kontrolującego się małżonka, miła teściowa ogarniająca dom, całkiem udana córka. W trakcie pracy w firmie Gosia zdążyła przespać się z prezesem, następnie z kolegą z pracy, który to rozbudził w niej prawdziwe rządze. Ze względu na wiek wylano ją z pracy. Wyjeżdża na wieś do matki (w poszukiwaniu samej siebie), po drodze rozstaje się polubownie z mężem. Już po przytyciu i przejściu „na wiejską stronę mocy” przeżywa aż trzy romanse: ze swoim byłym współpracownikiem, z wiejskim dentystą i właścicielem firmy meblowej. Z każdym się przespała, każdy pragnie się z nią związać na dłużej, wszyscy jej pragną. Jakby się dało to jeszcze kilku chętnych panów na jej kobiece wdzięki by się znalazło, ale albo za starzy, albo zajęci.

Od 21 lat mieszkam w małej miejscowości otoczonej zewsząd wsiami. Analizuję życie tutaj i porównuję z tym, co przeczytałam w książce. Moje pytanie brzmi: skąd ta bohaterka na wsi znalazła tylu wolnych facetów chętnych do tego, żeby im do łóżka wskoczyła i to nie tylko na raz, ale żeby tworzyć jakiś związek? Z moich obserwacji wynika, że to facet ma powodzenie u wielu kobiet, nie odwrotnie. Więcej tu starych panien niż wdów. Albo zawiedzionych życiowo małżonek, których mąż pije na umór, do pracy nie chodzi i tylko siedzi przed telewizorem, żłopie piwo na zmianę z wódą i piekli się o byle co. A jak się pojawi jakiś nowy kawaler, to polecą do niego jak ćmy do ognia. Z kolei jak się pojawi taka "singielka" to nawet nikt uwagi nie zwróci.

Mam wrażenie, że w tej kwestii pani Małgorzata Kalicińska po trochu opisywała swoje życie i to jak chciałaby, żeby się potoczyło. W końcu wiele elementów z jej biografii pasuje do obrazu naszej heroiny. Cóż, nie należy jednak zapominać, że to powieść mająca na celu przynieść rozrywkę, zainteresować i wywołać uśmiech na twarzy. I tego się trzymajmy.


zdjęcia: google.pl

niedziela, 16 marca 2014

Kochasz?



Zdziwicie się, jak wiele razy słyszałam od osób będących w długotrwałym (co najmniej dwuletnim, ale najczęściej dłuższym niż 5 lat) związku pytanie „Czy ja go/ją jeszcze kocham?”. Kiedyś już poruszałam temat chemii miłości (tekst możecie przeczytać tutaj). Po pewnym okresie zaczynamy się przyzwyczajać do naszego partnera, a efekt motyli w brzuchu po prostu znika i nie ma w tym nic dziwnego.

Jak jednak rozróżnić kiedy mamy do czynienia ze zmianą uczuć na bardziej stabilne, a kiedy zwyczajnie wieje nudą i naprawdę nie wiadomo, czy warto dalej tkwić w związku? Cóż, żadnym guru w tej kwestii nie jestem, a moich słów nie radzę traktować jako wyroczni. Mimo to są w moim życiu osoby, które kocham (choć można je policzyć na palcach jednej ręki) i jestem tego tak pewna jak faktu, iż powyżej chmur zasnuwających dziś niebo świeci słońce.

Istnieje bardzo prosty test, dzięki któremu możecie określić wartość obecności danej osoby w swoim życiu. Po prostu wyobraźcie sobie, że… nagle jej nie ma. Następnie zanalizujcie, co w tej chwili czujecie. Sama niedawno doświadczyłam raczej niemiłej symulacji tego typu zdarzenia. Kilka miesięcy temu śniło mi się, iż w ciepły, słoneczny dzień siedziałam w domu z bratem i dziadkami, a moi rodzice wybrali się dokądś samochodem. Nagle słyszę dzwonek do drzwi, na parterze robi się mały rozgardiasz – ktoś zauważył policję przed bramą. Po chwili słyszę, jak babcia wprowadza parę mundurowych i już wiem, co ma się wydarzyć. Zbiegam na dół, a będąc jeszcze na schodach dociera do mnie informacja wypowiadana z ust policjantki do mojej babci:

„Był wypadek samochodowy, państwa córka z mężem zginęli”

W momencie, w którym dotarła do mnie ta informacja wpadłam w histerię. Wybiegłam z domu z krzykiem, popędziłam na opuszczony plac zabaw (powrót do szczęśliwego dzieciństwa?) i zaczęłam szlochać. Byłam spanikowana, nie mogłam do siebie dopuścić myśli, że ktoś zabrał moich rodziców i już nigdy ich nie zobaczę ani nie przytulę.

Sen na szczęście się skończył (a może ja się przebudziłam), a gdy wreszcie dotarło do mnie, że to tylko koszmar poczułam jak kamień spada mi z serca. Skłoniło mnie to do przemyśleń – tym razem już na jawie – jak naprawdę bym się zachowała w takiej sytuacji. Odpowiedź: identycznie jak w tym śnie. Co więcej miałabym wrażenie, że moje życie się skończyło. Prawdę powiedziawszy wolałabym nigdy nie dożyć dnia śmierci moich rodziców.

Poza nimi są jeszcze dwie osoby, których nagły brak spowodowałby ogromną wyrwę w moim życiu. Może nie aż tak spektakularną, jak w powyższym przypadku, jednak wraz z ich odejściem zginęłaby jakaś część mnie. Łącznie cztery osoby, bez których nie wyobrażam sobie egzystować, choć na co dzień nie okazujemy sobie specjalnie uczuć (jeśli w ogóle jakieś sobie okazujemy). Taka jest proza życia i to chyba dobrze, bo chodzenie non stop z głową w chmurach może być dla nas niebezpieczne.

niedziela, 16 lutego 2014

Czy warto studiować?



Jak się zapewne domyślacie, moja dość długa absencja na blogu spowodowana była poświątecznym powrotem na uczelnię. Niemal od pierwszego dnia wrzucono nas w wir szaleńczej nauki, chociaż (jak już pewnie wcześniej wspominałam) nie mamy „typowej” sesji, tylko sesję ciągłą i dlatego ani w styczniu ani w lutym nie mieliśmy egzaminów jako takich. Za to mnóstwo zaliczeń, kolokwiów, wejściówek, testów, sprawdzianów praktycznych, także na nudę nie mogliśmy się uskarżać. Znalazłam jednak trochę wolnego i oto nowy post ;)



Któregoś dnia razem z moją współlokatorką dyskutowałyśmy na temat braku wykształcenia jednej z młodych polskich blogerek, która odniosła naprawdę spory sukces. Dziewczyna jest młodsza ode mnie i po maturze nie poszła utartym szlakiem na studia jak ogromna większość naszego społeczeństwa. Zamiast tego podróżuje po świecie, spotyka inspirujących ludzi, robi to co lubi i jeszcze ma z tego kasę. Moja współlokatorka stwierdziła, że dobra, teraz może jest fajnie i dziewczyna się rozwija, ale za jakiś czas jej 5 minut minie i co wtedy zrobi? Zostanie z niczym?

Tak naprawdę nacisk na studia zaraz po maturze kładzie na młodzież wielu ludzi – rodzice (przede wszystkim), rówieśnicy, którzy planują na jaką uczelnię będą składali dokumenty, społeczeństwo, a także państwo. Tylko czy tytuł magistra w dzisiejszych czasach jest absolutnie każdemu niezbędnie do życia potrzebny?

Na pierwszy rzut oka bez odpowiedniego wykształcenia, najlepiej wyższego, trudniej jest znaleźć pracę. Moja mama, która ze względu na zagrożoną ciążę musiała przerwać studia, ze spokojem pracowała na jednym stanowisku w tym samym miejscu pracy przez około 15 lat, aż nagle weszła w życie ustawa twierdząca, iż osoby uprawiające ten zawód muszą mieć tytuł magistra. Wobec tego mama musiała wrócić na studia, a jej nastoletnia córka mogła uczestniczyć w uroczystości absolutoryjnej własnej rodzicielki. Jak myślicie, czy w tym przypadku zdobycie wyższego wykształcenia w jakiś sposób wpłynęło na jej pracę? Niekoniecznie.

Moim zdaniem nie każdy zawód wymaga ukończenia studiów. Zawody te (niestety!) są jednak niedoceniane wśród społeczeństwa, bo przecież już po zawodówce można je wykonywać. No właśnie – są łatwo dostępne, szybciej można rozpocząć taką pracę, w młodszym wieku zacząć zarabiać… Czy naprawdę wszyscy uważamy, że kopanie rowów za 3 tysiące to wstyd? Ja tak nie uważam. Każdy uczciwy zawód jest nam potrzebny. Robotnicy, fryzjerki, ekspedientki w sklepie na kasie, piekarze, listonosze i wiele, wiele innych – bez nich życie zwykłego Kowalskiego byłoby mocno utrudnione! Zważmy też fakt, iż taką na przykład zawodówkę kończy się w wieku 18/19 lat. Już w czasie nauki w szkole rozpoczyna się pracę w zawodzie. Czyli ta młodzież mniej więcej od ukończenia gimnazjum na siebie zarabia. Owszem, nie są to kokosy, ale to i tak sukces w porównaniu do takiego studenta medycyny, który (jeśli dobrze pójdzie) zacznie na siebie zarabiać około 25. roku życia. Zaznaczam – jeśli dobrze pójdzie, bo tak naprawdę wielu zaczyna utrzymywać się z wykonywanego zawodu w trakcie/po zrobieniu specjalizacji, czyli koło trzydziestki.

Można też otrzymywać profity zakładając własną firmę, prezentując światu swoją markę. Młodzi ludzie są kreatywni i pełni sił oraz entuzjazmu. Dużo pracy, a także determinacja są dla nich sposobem na sukces. Niejednokrotnie studia z tą swoją sesją i nawałem nauki ograniczają ich możliwości czasowe, a także zabierają energię. Nie da się trzymać czterech srok za ogon, a doba ma tylko 24 godziny. Wiele przykładów na potwierdzenie tej tezy możecie poszukać w Internecie – kilka z nich to chociażby Bill Gates, Mark Zuckerberg, Steve Jobs, sir Richard Branson czy Julian Assange.

Co w takim razie dają nam studia poza papierkiem świadczącym o ich ukończeniu? I po co ta cała nagonka, żeby iść na uniwersytet?

Zacznijmy od drugiego pytania. W panującym na świecie wyścigu szczurów tytuł naukowy daje nam pewnego rodzaju przewagę nad konkurencją. Przewaga ta jest jednak dość dyskusyjna i nie zawsze ma rację bytu. Ludzie dążą jednak do tego, żeby w towarzystwie nie wyjść na głupich. Bo prawda jest taka, że w Polsce zwraca się uwagę na wykształcenie. Jak ktoś nie pójdzie na studia, to zaczyna się biadolenie, rwanie włosów z głowy i plotki wśród sąsiadów. A i państwo woli wysłać młodych na uniwersytet, niż martwić się stopą bezrobocia w tym przedziale wiekowym.

A co z drugim pytaniem – co dają nam studia? Z tym wiąże się też kolejne: czy warto na nie iść? Otóż nie zapominajmy, że studia jednak na coś się przydają. Studia dają nam przede wszystkim możliwości. Poznajemy mnóstwo nowych ludzi, uczestniczymy w projektach, organizujemy spotkania, uczęszczamy na koła naukowe, piszemy prace naukowe, robimy praktyki – owszem, jak ktoś jest zaradny, to i bez studiów takie możliwości znajdzie. Jednak jest to o wiele trudniejsze i chwała tym, którym się udało. Wracając do studentów: jedni wolą płynnie przebrnąć od sesji do sesji, a poza tym raczej wolą nie zawracać sobie głowy nauką, projektami, czy czymkolwiek co wymagałoby włożenia wysiłku i pracy. No cóż, w takich przypadkach osiągnięcie tytułu rzeczywiście niewiele zmienia w życiu. Inni z kolei dostrzegają dla siebie szansę, robią podwaliny pod przyszłą karierę, ćwiczą swój charakter. Nie wierzycie? Podam Wam własny przykład.

Od zawsze byłam raczej aspołecznym introwertykiem. Nie lubiłam się zbyt często odzywać, chodzić na imprezy, poznawać nowych ludzi, wypowiadać na forum. Na pierwszym roku studiów również niczym się nie wyróżniałam. Aż na początku drugiego roku zostałam starościną (przed czym wcześniej mocno się wzbraniałam, gdyż bałam się nawału obowiązków). Uwierzcie mi, że nic lepszego nie mogło mnie spotkać. Nagle odkryłam w sobie zdolności przywódcze, musiałam przebić się przez swoją nieśmiałość, żeby ustalać ważne dla nas sprawy z asystentami, kierownikami katedr, paniami w dziekanacie ;) Nie boję się odezwać, wyrazić swojego zdania, walczyć o swoje. Kolejna rzecz – koła naukowe. Szansa na rozwinięcie swoich zainteresowań i nabranie doświadczenia. To właśnie one dają nam możliwość wykonania pracy naukowej oraz jej zaprezentowania na szerszym forum (niejednokrotnie jest to konferencja naukowa), a nawet publikacja w branżowym czasopiśmie. Takie rzeczy można następnie wpisać z czystym sumieniem w CV i już przyszły pracodawca patrzy na nie zupełnie innym okiem, niż na stos życiorysów, w których pozycją rozpoczynającą i jednocześnie kończącą jest uzyskanie tytułu magistra z danego przedmiotu na takiej i takiej uczelni.

Reasumując – studia to możliwości, nie tylko suche wkuwanie definicji i wzorów. To nabywanie doświadczenia, kształcenie charakteru, poznawanie nowych ludzi, jeśli tylko korzysta się z nich w odpowiedni sposób. Natomiast nie każdy z nas musi mieć wykształcenie wyższe. I nie znaczy to, że jest gorszy. Znaczy to, że szybciej znalazł pomysł na samego siebie, że już wcześniej potrafił wykorzystać swoje umiejętności i możliwości. Dlatego nie skazujmy innych za brak dyplomu. Wszyscy znamy przecież historie magistrów bez pracy.

środa, 8 stycznia 2014

Z pamiętnika studentki medycyny #3




Jako, że jestem na trzecim roku wiele osób pyta mnie czy już podzielili nas na specjalizacje i jaką wybrałam. Ostatnio nawet kłóciłam się z pracownikiem ubezpieczalni, który chcąc zaznaczyć te dane w dokumentach upierał się, iż musiałam już przecież wybrać specjalizację! Sama kiedyś myślałam, że tylko dwa pierwsze lata studiów medycznych są „ogólne”, a potem kształcimy się w konkretnym kierunku. Aby więc ukrócić te plotki i domysły, wlać w Wasze głowy nieco prawdy, postanowiłam spłodzić wpis pokrótce przedstawiający ścieżki kariery młodego medyka.


Pierwszym krokiem w świat białych kitli jest oczywiście zdanie matury. I to nie byle jakiej, bo rozszerzonej z biologii oraz (w zależności od uczelni) również rozszerzonej chemii i/lub fizyki. Ja potrzebowałam tylko biologii i chemii – na szczęście ;) Już w liceum wbijano nam do głów, że aby w ogóle myśleć o składaniu papierów na medycynę musimy uzyskać przynajmniej po 90% z obu tych arkuszy. Jest w tym sporo racji: w moim roczniku próg w Poznaniu wynosił 172 pkty (suma procentów z biologii i chemii), czyli średnio trzeba było mieć przynajmniej te 86%.


Dostaliśmy się już na studia (serio myślicie, że jest się z czego cieszyć?), więc co dalej? Otóż teraz są dwie drogi, jednak różniące się zaledwie jednym szczegółem. W zależności, w którym roku nas przyjęli tyle lat będziemy studiować. Mój rocznik jest ostatnim, który na uniwersytecie spędzi 6 lat. Rocznik niżej ma już studia pięcioletnie, co według mnie (a także wielu mądrzejszych person) jest kompletną bzdurą. Spróbujcie ogarnąć taką samą ilość materiału mając na to 365 dni mniej niż do tej pory (czyli potwornie dużo). Fajny pomysł? Niekoniecznie. Jednak nie ma co biadolić, ktoś na stołku tak postanowił, a plebs nie ma nic do gadania.


Chociaż ja bym kazała tej osobie przejść przez pięcioletni kurs medycyny. Może wtedy by ją oświeciło, że oszczędności oszczędnościami, ale student cyborgiem nie jest.


(Doszły mnie jednak słuchy, że ktoś zmądrzał i od przyszłego roku ma powrócić system sześcioletni. Czyli ktoś tam jeszcze w tej Warszawie używa głowy do bardziej szczytnych celów niż walenie nią w blat mahoniowego biurka).

Anyway, jako szczęśliwi studenci rozpoczynamy pierwszy rok, potem (jeśli się uda) drugi i zastanawiamy się co zajęcia, na które chodzimy, mają wspólnego z leczeniem ludzi? Odpowiedź jest prosta – niewiele, więc nie będę się nad tym rozwodzić. No i wreszcie ten trzeci rok! Moja uczelnia powiększa wtedy powstałe już grupy studenckie przez redukcję ich liczby (czyli zamiast 16 siedemnastoosobowych grup, mamy 10 grup po dwadzieścia parę żaków). Wreszcie też nieśmiało zaczynamy witać szpitalne progi. Jednak nie wybieramy sobie specjalizacji! Na to przychodzi czas po studiach.


OK, reszta studiów to coraz częstsze przebywanie na oddziałach, a coraz rzadsze w murach uczelni. Załóżmy więc, że szczęśliwie dobrnęliśmy do końca szóstego roku. Teraz czeka nas jeszcze rok stażu w szpitalu (już z tytułem lekarza), czyli po prostu pracy na różnych oddziałach przez określony czas i podpatrywanie zabaw dorosłych. Jak się uda – będzie to praca, za którą dostaniecie wynagrodzenie. Jednak miejsc stażowych jest mniej niż absolwentów uniwersytetów medycznych i tak często okazuje się, iż ten rok trzeba przepracować w ramach wolontariatu. Dlatego wszyscy wielbią weekendowe i świąteczne dyżury na SORze lub w karetce, dzięki którym stać nas na opłacenie czynszu. W tak zwanym międzyczasie musimy zdać Lekarski Egzamin Końcowy (LEK), sprawdzający naszą wiedzę nabytą przez ostatnie lata.


Dopiero po odbębnieniu stażu i pomyślnym zdaniu LEKu myślimy o specjalizacji. Jednak ilość miejsc na określoną speckę jest ograniczona, tzn. w danym roku na przykład na medycynę sądową w Wielkopolsce jest jedno miejsce, a na pediatrię 48. Ciekawostka – pediatria i medycyna rodzinna to specjalizacje z największą liczbą miejsc. O przyjęciu decyduje wynik LEKu, bądź… znajomości. W każdym razie specjalizacja dzieli się na specjalizację ogólną (czyli pierwszy etap wtajemniczenia) i szczegółową (etap no. 2). W zależności od wybranej ścieżki naukowej, oba te etapy mogą trwać 2-4 lat każdy.





Dopiero po przejściu przez te wszystkie stopnie budzimy się nagle w łóżku mając na karku trzydziestkę z hakiem i z radością krzyczymy Jestem lekarzem!, a potem wracamy do szarej codzienności, zmęczeni życiem wlewamy w siebie pierwszy tego ranka hektolitr kawy i ledwo powłócząc nogami udajemy się na kolejny dyżur. 






pics: google.com