piątek, 13 września 2013

Bezrobocie

W ciągu roku marudzisz, że nie masz na nic czasu. Codziennie budzik zrywa Cię z łóżka o nieludzkiej godzinie, zmuszasz się, żeby zawlec się do łazienki, a później do kuchni. Czeka Cię kolejne kilka godzin, tak bardzo podobnych do dnia wczorajszego. I tego przedwczoraj. No dobra, całego tygodnia. Albo, bardziej już dosadnie i zgodnie z realiami - wszystkich Twoich dni, odkąd podjęłaś decyzję, iż chcesz pracować. Jedynym światełkiem w tunelu są weekendy, pierwszy dzień miesiąca i wiążąca się z nim wypłata oraz wakacje.

A gdyby tak wakacje trwały cały rok?

Czyż to nie kusząca propozycja? Wstawanie, o której Ci się żywnie podoba. Balowanie do późnej nocy, lub raczej wczesnego ranka. Relaks przez cały dzień. Wreszcie przeczytam tę stertę książek, które dostałam w ciągu ostatniego roku! Wreszcie obejrzę te wszystkie filmy, którymi tak zachwycają się moi znajomi oraz tymi, które uzbierały tak wspaniałe recenzje na Filmwebie! Zacznę o siebie dbać, zacznę biegać, przestanę jeść chemiczne kompozycje, które na co dzień z braku czasu odgrzewam w mikrofali. Nauczę się gotować, zainstaluję i ukończę ten kurs językowy, który dostałam kiedyś na gwiazdkę. Namaluję coś, albo nie! Napiszę książkę! Nauczę się grać na jakimś instrumencie, w końcu zawsze o tym marzyłam. Gruntownie posprzątam swoje mieszkanie, wyrzucę śmieci, które przez lata nagromadziły się w szafkach, posegreguję ciuchy na te noszone, już nienoszone, ale dobre (oddać na Czerwony Krzyż!) i te do wyrzucenia. Pojadę za granicę, zwiedzę cały świat...!

Wreszcie nadchodzi ten dzień - rzucasz wszystko i pędzisz do domu, na kartce papieru spisujesz swoje marzenia zamieniając w plany. Przyszłość ma smak drinka z palemką, świetlista jak Słońce w samo południe przy bezchmurnym niebie. Świat należy do Ciebie, w końcu wreszcie masz na wszystko czas!

Mija miesiąc i robisz rachunek sumienia - nie jest tak źle, przeczytałaś kilka książek, obejrzałaś parę filmów z listy, spotkałaś się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, poszłaś kilka razy na imprezę i balowałaś do rana. Dwa razy poszłaś biegać - całkiem dobrze jak na początek! Wszystko wygląda obiecująco! Co prawda jeszcze nic nie ugotowałaś, ale już obejrzałaś jakiś program o zdrowym odżywianiu i wiesz już, na co powinnaś zwracać uwagę przy zakupie żywności. Kupiłaś nową sukienkę, choć do tej pory chodziłaś tylko w spodniach i to zawsze długich - w końcu wakacje to czas szaleństw! Na weekend pojechałaś do stolicy, nigdy tam nie byłaś, a od czego lepiej zacząć wielkie podróże, jeśli nie od własnego podwórka?

Patrzysz na listę, którą sporządziłaś miesiąc temu. Sprzątanie, nauka języka, gry na instrumencie, napisanie książki... OK, na to mam jeszcze czas, przecież nic mnie nie goni! 

Po kolejnych dwóch tygodniach zaczynasz czuć coś dziwnego. Kolejne książki odhaczone, podobnie jak i filmy, jednak powoli tracisz cierpliwość do życia życiem fikcyjnych bohaterów. Wątroba odmawia współpracy i nie jest w stanie przyjąć ani grama alkoholu, ale to nawet dobrze, w końcu miało być zdrowe odżywianie. No tak, tylko z tym jest pewien problem, bo ilekroć przechodzisz obok tej cukierni na rogu, Twoje zmysły zostają odurzone wspaniałym zapachem i wyglądem wypieków. Marchewka ani kalafior nigdy nie wyglądały tak apetycznie, jak ten piękny ekler polany czekoladą. Wchodzisz do domu sfrustrowana brakiem silnej woli i rozglądasz się dookoła. Posprzątasz jutro, w końcu jutro też jest dzień. Nie masz nastroju do nauki języka, ani weny do pisania. Wiesz, że Twoja przyszła książka już siedzi gdzieś tam, głęboko w Twojej głowie i prędzej czy później z niej wyjdzie, nie ma sensu wszystkiego przyspieszać i robić byle jak.

Powoli czujesz, że chyba zaczyna Ci się nudzić. Nie, to przecież niemożliwe! Dzwonisz do przyjaciół. 
- Wiesz, obiecałam mamie, że do niej dziś pojadę i zostanę do końca tygodnia.
- Niestety, jestem w pracy, nie dam rady.
- Umówiłem się z tą ekstra laską, nie mogę tego odwołać, sorry!
- Hmmm, wiesz co, jestem trochę nie przy kasie, jeśli wiesz, co mam na myśli, muszę zacząć oszczędzać i przestać stołować się na mieście.

Ostatnie uwaga dziwnie odbija się echem po Twojej głowie. Wiedziona złym przeczuciem, otwierasz laptopa i wstrzymując oddech logujesz się na stronie banku, w którym założyłaś konto. Ciarki przechodzą Ci po plecach, gdy widzisz sumę niewiele różniącą się od okrągłego zera. Co teraz? Co teraz?! Przecież nie zadzwonisz z płaczem do rodziców, żeby wybulili kilka stów na Twoje plany, których spełnienie i tak nie pozwoli Ci w najbliższym czasie na oddanie zaciągniętej pożyczki. Jesteś już dorosła, nie chcesz przecież żeby sterani rodzice łożyli na Ciebie jak na nastoletnie dziecię. Masz dumę, godność, nie chcesz czuć się od nich zależna!

Kolejne dni mijają, a Ty masz wrażenie, że szlag jasny Cię zaraz trafi. Nie zrobiłaś nic konstruktywnego, z nikim się nie widziałaś, nigdzie nie pojechałaś. Nic też nie zarobiłaś, a niedługo przyjdą rachunki. Czas się dłuży - wiesz, że powinnaś jakoś go wykorzystać, ale nie masz siły. To chyba przesilenie jesienne (istnieje w ogóle coś takiego??). Nie widzisz sensu w sprzątaniu, przecież i tak nikt tu nie przychodzi. Kręcisz się w tę i z powrotem, przytłoczona uczuciem beznadziei. 

Boże, moje życie nie może tak wyglądać! Zwariuję!

I wtedy myślisz, jak to dobrze było mieć pracę. Mieć codziennie kontakt z tymi ludźmi, z którymi mogłaś ponarzekać na wymagającego szefa, czy polityczne bzdury wygadywane przez reporterów w telewizji. Zaczynasz tęsknić do dni, które były wypełnione od A do Z i ledwo starczało Ci czasu na sen. Myślisz o tym, że wtedy miałaś jakiś cel - awans, podwyżkę, uzbieranie pieniędzy na wakacje - a teraz masz wakacje non stop i już nie jest tak kolorowo. Zrobiłaś się leniwa, brak Ci motywacji, potrzebujesz kopa do działania, ale sama nie potrafisz go sobie wymierzyć.

Któregoś dnia wybuchasz! Koniec, koniec z tym życiem w zawieszeniu! Koniec z nijakimi dniami spędzonymi na kanapie! Z tym byle jakim czasem przeciekającym Ci przez palce!

W Internecie szaleńczo poszukujesz ofert, dzwonisz do znajomych ze starej pracy, obdzwaniasz wszystkich, którzy mogliby Ci pomóc. Wreszcie czujesz się Panią swojego losu, wreszcie czujesz, że COŚ ROBISZ.

Mija miesiąc. Twoje zdeterminowanie, a może raczej desperacja, dało owoc w postaci stałej posady. Znów pobudka wcześnie rano, znów codzienna rutyna, ale nagle zauważasz, że im więcej masz zajęć, tym lepiej organizujesz sobie czas. W weekendy spotykasz się ze znajomymi, idziecie coś zjeść na mieście, trochę się pobawić, wreszcie masz na to pieniądze. Podczas długiego weekendu jedziesz pociągiem do Berlina, bo blisko, a masz tylko cztery dni. Ale tyle wystarczy.

Wreszcie czujesz, że po coś zostałaś stworzona, masz jakiś mały, mikry wręcz wkład w funkcjonowanie tego świata, ale zawsze lepsze to niż nic. Już wiesz, że wieczne wakacje nie są dla Ciebie. I w pełni pojęłaś, dlaczego negatywnie nacechowane słowo "bezrobocie" dosadniej je określa.

sobota, 7 września 2013

Oczko

Tak jest, od wczoraj mogę oficjalnie wypić drinka w amerykańskim klubie lub też odwiedzić kasyno. Biorąc pod uwagę fakt, że raczej nie piję (posiadanie samochodu ma swoje dobre i złe strony), hazardem gardzę, a do USA w najbliższym czasie się nie wybieram, raczej nie mam z czego się cieszyć. Ot, kolejny rok poszedł w niepamięć, a ja postarzałam się o kolejne 365 dni.

Czyż to nie dobra pora na małe podsumowanie? Spokojnie, nie mam zamiaru skrótowo opisywać teraz wydarzeń z całych dwudziestu jeden lat mojego życia ;) Wystarczy mi sam ostatni rok.

Nie zbiłam fortuny, nie uratowałam grupy zakładników z rąk grupy terrorystycznej, nie spotkałam żadnej publicznie znanej osobistości, nie stałam się sławna. Nie odkryłam lekarstwa na raka, nawet nie napisałam jednej wartościowej pracy naukowej. Cały czas mieszkam z rodzicami i nawet o krok nie zbliżyłam się w kierunku ustabilizowania swojego życia uczuciowego.

Coś jednak się zmieniło. Zmieniłam się ja sama. Albo przynajmniej odkryłam to, co wiele lat umykało mojej uwadze. Wreszcie zaczęłam słuchać samej siebie. Wreszcie zaczęłam w jakimś stopniu szanować siebie jako osobę. Zaczęłam liczyć się ze swoim zdaniem i walczyć o swoje. Przestałam przejmować się tym co ludzie powiedzą. Koniec z zasłoną milczenia. Chociaż nie oznacza to, że mówię co mi ślina na język przyniesie. Zawsze zastanawiam się, czy to co mówię jest konstruktywne, wnosi jakąś wartość w rozmowę i nikogo nie rani. Bo taka wypowiedź ma najwyższą wartość. Przestałam na siłę robić rzeczy, które robić należy, bo tak wypada i tego od nas oczekuje społeczeństwo. Mimo naporów, nie idę ślepo tam, gdzie nie chcę. Przykład? Kilka. Nie chodzę do kościoła, choć wychowuję się w środowisku w większości praktykujących rodzin katolickich. Decyzja ta nie jest formą nastoletniego buntu - w końcu nie jestem już nastolatką; co więcej, to właśnie po wyjściu z drugiej dekady mojego życia zauważyłam, że owa Wspólnota, a już szczególnie jej duchowi przywódcy stanowią dla mnie grupę, od której pragnę oddzielić się grubą kreską. 

Na studia medyczne poszłam z pragnieniem wykształcenia się na lekarza sądowego. Przez pierwszy rok studiów i znaczną część drugiego twierdziłam jednak, że nie wiem, jaka specjalizacja by mnie ewentualnie interesowała. Dlaczego to robiłam? Bo ilekroć ktoś ze znajomych czy rodziny usłyszał, iż dostałam się na medycynę i pytał "No a potem...? Kim będziesz?" na moją odpowiedź robił wielkie oczy, po czym komentował. A komentarze te nie wyrażały przychylności w stosunku do mojej decyzji, więc po jakimś czasie stwierdziłam, że nie chcę tego słuchać i przestałam dzielić się swoimi planami.
Jednak podczas tegorocznych praktyk w przychodni zrozumiałam, że nie mogę żyć tak, jak wymagają tego ode mnie czy chcą tego inni. To moje życie, do cholery! Tylko ja mam prawo o nim decydować! To ja do końca swoich dni będę musiała znosić konsekwencje podjętych przeze mnie decyzji. I wolę żałować czegoś, co zrobiłam ze swojej własnej woli, niż czegoś co zrobiłam, bo tak wypadało, albo na to liczyli moi znajomi/rodzina.

Powoli zaczęłam się też przekonywać, że może jednak ludziom na mnie zależy. Moje poczucie własnej wartości w oczach innych ludzi jest dość mocno zaniżone i zdaję sobie z tego sprawę. Zawsze mam wrażenie, iż ludzie z mojego otoczenia traktują mnie jak chwilowy kaprys. Wiem na pewno, że w przypadku mojej śmierci w żałobie pogrążyłaby się moja najbliższa rodzina plus trzy osoby - przyjaciółki z podstawówki i gimnazjum, które są dla mnie jak prawdziwe siostry i bez których nie wyobrażam sobie żyć. Reszta ludzi, w środowisku których na co dzień przebywam, mimo że wielu z nich bardzo lubię i czuję się do nich przywiązana, nie daje mi odczuć, że odwzajemnia moje uczucia. Ale to może wynikać z faktu, że ja sama bardzo dobrze ukrywam to, co dzieje się w mojej głowie i sercu.

Aż nagle wczoraj, w moje urodziny, odezwała się do mnie niegdyś jedna z najbliższych mi osób, z którą kontakt nagle gwałtownie się urwał i od miesięcy panowała cisza. Myślałam, że to ja coś zrobiłam źle, może ja się zmieniłam. Może po prostu znudziłam się tej osobie, co utwierdziło mnie w przekonaniu, iż ludzie rzeczywiście traktują mnie jak jeden z elementów wystroju wnętrz. Nie chciałam się narzucać, a ostatnie nasze kontakty przed zupełną ciszą dawały mi odczuć, że to właśnie robię. Że jestem już intruzem, a nie tylko dodatkiem do rozmów czy pasażerem na gapę przy stole w kawiarni. 

I tak sobie myślałam i utwierdzałam się w tym przekonaniu, powoli zresztą tracąc zainteresowanie całą tą sprawą, po czym przyszła wcześniej przeze mnie wspomniana wiadomość. A w niej przyznanie, że ta osoba za mną tęskni i chciałaby się spotkać. Choćby tylko na piwo, tak po prostu, żeby pogadać. Bo nie chciałaby, aby nasza znajomość tak się skończyła. Ten jeden SMS nie tylko mnie ucieszył, ale sprawił, że moja dość marna samoocena skoczyła oczko wyżej.

Jaka jest pionta tego wywodu? Otóż, Moi Drodzy - każdy z nas ma jedno życie. Każdy z nas ma swój określony czas, który może wykorzystać jak mu się żywnie spodoba. Czy warto w związku z tym zakuwać się w kajdany i dobrowolnie stać się więźniem konwenansów i przekonań innych ludzi? Czy warto patrzeć na siebie przez pryzmat osób stojących z boku? A może warto w końcu powiedzieć sobie To moje życie i tylko i wyłącznie ja powinienem o nim decydować? Czas, abyśmy zaczęli odkrywać siebie, robić to na co mamy ochotę. Nie dać się stłamsić, odkrywać swoje talenty i je rozwijać. Uwierzyć w siebie i w to, co się robi. Wtedy dopiero będziemy szczęśliwi z czasu, jaki spędzimy na Ziemi.

W związku z tym podjęłam jeszcze jedną, bardzo ważną dla mnie decyzję. Postanowiłam przedstawić Wam, mojemu skromnemu gronu czytelników, moją pracę, której poświęciłam dobry kawałek mojego wcale nie tak długiego życia. W poprzednich dwóch postach (Będę pisarką! i Chcesz być pisarką...?) przyznałam się do napisania dwóch książek. Poniżej wkleję linki do ich opisów w serwisie lubimyczytac.pl , a jeśli kogoś zainteresuje ich treść - zapraszam do czytania ;) Są one niestety dostępne tylko w wersji elektronicznej, ale dzięki temu są tańsze i mają okazję trafić do szerszego grona odbiorców. Jeśli ktoś chce się dowiedzieć, jak powstały - zapraszam do przeczytania wspomnianych przeze mnie wcześniej postów. Nikogo nie namawiam do zakupu tych pozycji, jeśli jednak ktoś z Was którąś już czytał lub jest zdecydowany, żeby to zrobić proszę, aby podzielił się ze mną swoją opinią i ewentualną (ale konstruktywną) krytyką :)

 






















Po kliknięciu na obrazek wyskoczy nowa karta ze stroną danej pozycji.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Singielka XXI wieku

Kilka miesięcy temu czytałam wypowiedź naszej podróżniczki, Martyny Wojciechowskiej, w której zauważała, iż na świecie można spotkać wiele wspaniałych kobiet potrafiących poradzić sobie w najtrudniejszych sytuacjach, natomiast trudno spotkać mężczyznę, z którym warto byłoby się związać. Wypowiedź ta nawiązywała do plotki, jakoby Martyna była lesbijką - sama zainteresowana wyraziła ubolewanie, że nią nie jest. Gdyby lubowała się w kobietach o wiele łatwiej byłoby jej znaleźć tę drugą połówkę.

Jednak to nie życie miłosne Martyny Wojciechowskiej jest tematem dzisiejszego postu. Dzisiaj będzie o kobietach. Tych samotnych, których na co dzień spotykamy naprawdę wiele i dla których znalezienie odpowiedniego mężczyzny graniczy z cudem.

Już dawno skończyły się czasy, kiedy to płeć piękna czekała, aż jakiś książę przyjedzie na swym białym rumaku i zabierze ją w siną dal, gdzie będą żyli długo i szczęśliwie. Czternastoletnie dziewczynki już (jeszcze?) nie wychodzą za mąż, a średnia wieku matek (nie licząc tych tzw. "patologicznych ciąży", czy wpadek nieuważnych nastolatków) idzie wytrwale ku górze. Coraz więcej kobiet zdobywa wyższe wykształcenie, pracuje, rozwija swoje kariery. Jesteśmy bardziej niezależne, zdecydowane i głodne sukcesu. Która z nas zdecydowałaby się zajść w ciążę w wieku 20-21 lat, kiedy zgodnie z biologią, jest to najlepszy wiek na reprodukcję?

Oto portret współczesnej kobiety, na miarę XXI wieku: mądra, silna psychicznie, a niejednokrotnie również dbająca o kondycję fizyczną. Potrafi zapewnić sobie byt materialny, wytrwale wspina się po szczeblach kariery. Jest niesamowicie zorganizowana, bo oprócz pracy musi również prowadzić dom, a znajduje jeszcze czas na spotkania ze znajomymi i wizytę u kosmetyczki. Dba o siebie, bo wiadomo, iż zadbana kobieta wygląda bardziej profesjonalnie niż zapuszczony lump. W sytuacji kryzysowej jest w stanie znaleźć dobre rozwiązanie. Ciężko pracowała na to, co osiągnęła i nie odpuszcza. Wie do kogo się zwrócić, gdy na przykład wysiądzie pralka lub z samochodu zacznie wydobywać się siwy dym, a kontrolki na desce rozdzielczej zapłoną czerwienią. I jest coś jeszcze: jej status związku - "wolna".

Życie bez mężczyzny wyrabia w kobiecie pewne zwyczaje. Coś, co kiedyś leżało w obowiązkach pana domu, dziś nie jest problemem dla samotnej kobiety. Facet nie jest bóstwem, które wkręca żarówkę czy naprawia komputer. Wymiana żarówki nie jest już czarną magią, a jeśli same sobie nie poradzimy ze sprzętem elektronicznym, to zawsze można go oddać do serwisu. No problem! Ciężkie torby z zakupami można wpakować do samochodu, więc nie musimy ich targać przez pół miasta. Meble z IKEI są proste w obsłudze, ich złożenie to żadna sztuka. Odchodzą natomiast takie szczegóły jak prasowanie męskich koszul, zbieranie porozrzucanych skarpetek, wielokrotne zwracanie uwagi, iż po skorzystaniu należy spuścić klapę. Przykłady tego typu można by mnożyć, ale myślę, że czytelnicy już wiedzą o co mi chodzi.

Właśnie - w całej tej wizji mężczyznę sprowadza się do roli niepotrzebnego przedmiotu. Jego obowiązki, a także cechy przejęła kobieta, po co w takim razie zawracać sobie nim głowę? Coraz częściej widzę facetów, którym naprawdę przydałaby się służba w wojsku. Są bardziej delikatni ode mnie, mdleją na widok krwi, a fochy stroją przynajmniej raz w tygodniu. Wypchnęli również płeć piękną z placu zabaw i teraz oni huśtają się w huśtawkach nastrojów. Kiedy widzę chłopaka z kosmetyczką większą od mojej mam ochotę uciec. A uwierzcie mi, to wcale nie jest rzadki widok. Wiem co mówię - od co najmniej trzech lat obserwuję zachowania i zwyczaje moich kolegów podczas wspólnych wakacji. Co najmniej trójka z nich miała torby dwa razy większe od moich mimo, iż jechaliśmy na tę samą liczbę dni, a raz nawet zdarzyło się, iż chłopka mojej koleżanki jechał tylko na jedną noc, podczas gdy my zostawałyśmy na cały tydzień. Poranna toaleta zajmuje im tyle, co mi wieczorna kąpiel. Podczas aktywności fizycznych żaden nie był w stanie dotrzymać mi kroku, chociaż ze mnie żaden sportowiec. Nie wyobrażam sobie, aby ci chłopcy, bo mężczyznami nazwać ich nie mogę, potrafili przeżyć tydzień w dzikiej głuszy lub chociaż w domku gdzieś w lesie, bez prądu i bieżącej ciepłej wody. Całe życie wychowywani w fałdach maminej spódnicy, teraz również oczekują, że życiowa partnerka będzie im matkować.

Ale współczesna kobieta nie chce wychowywać sobie niesfornego chłopca. Ona nadal szuka dla siebie prawdziwego mężczyzny. Istnieje pewien problem - takich współczesnych kobiet jest wiele, a mężczyzn z krwi i kości? Coraz mniej. A jeśli już się taki znajdzie, możecie być pewne, iż jego serce już od dawna będzie należało do innej.

Prawdziwy mężczyzna na widok singielki XXI wieku będzie raczej wiał, gdzie pieprz rośnie, niż pozwoli, aby ona bez ceregieli przejęła stery w związku i wsadziła go pod swój pantofel. Druga opcja - gdy zobaczy, jak świetnie kobieta radzi sobie bez niego stwierdzi, iż właściwie na ma tu nic do roboty. Poczuje się niepotrzebny, a to, jak wszystkie "mądre" poradniki mówią, jest dla prawdziwego mężczyzny nie do zniesienia. Ewentualnie będzie pod takim wrażeniem silnej osobowości i niezłomnego charakteru singielki, iż w ogóle nie będzie zaprzątał sobie nią głowy, w obawie przed wyśmianiem i niezbyt przyjemnym dla jego ego koszem.

A tymczasem singielka, widząc brak perspektyw na wartościowy związek, będzie otaczała się murem obronnym przeciw rodzinie i znajomym, przez który to mur nie będą przechodziły smutek i poczucie osamotnienia za każdym razem, gdy zasiądzie przy stole na rodzinnej uroczystości lub weselu kolejnej koleżanki, na który jak zwykle przyszła bez partnera, w ostateczności z kuzynem. Mur ten chroni ją także przed chłopcami, którzy akurat dziwnym zbiegiem okoliczności nigdy nie czują, że nie spełniają jej ambicji co do życiowego partnera, a tym samym nie boją się odrzucenia. W końcu, jak nie ta, to zaraz sobie znajdzie kolejną. Któraś w końcu na niego poleci.

Zamknięta za murem singielka sama sobie ukręciła bata. Stała się tak niezależna, iż facet w jej przypadku mógłby spełniać jedynie funkcje reprodukcyjne. Bądź robić to samo, co w przypadku czynności reprodukcyjnych, ale z zabezpieczeniem, dla zwykłej przyjemności. Najlepiej jeszcze bez zobowiązań, bo gdzie w tym naszym zalatanym świecie prać jeszcze obcemu facetowi skarpetki? Tu już wszystko poukładane, posprzątane, plan dnia ułożony i nie ma tam miejsca na prasowanie czyichś koszul! W ciągu ostatnich trzydziestu lat zdążyłyśmy wyrobić sobie pewną rutynę i mamy pewne przyzwyczajenia, przez które trudniej osiągnąć kompromis. No bo w końcu tak żyłyśmy tyle czasu i tak nam się podobało.

I tak singielka XXI wieku, kobieta z krwi i kości, z pozoru świetnie radząca sobie z otaczającą rzeczywistością, pokonująca ogromne góry przeszkód i nie wahająca się zejść w czeluście piekieł, leży samotnie w łóżku każdego wieczora, starając się zasnąć zanim w głowie pojawi się myśl jak dobrze mogłoby być, gdyby puste miejsce obok niej było teraz zajęte.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Chcesz być pisarką...?

Część druga postu Będę pisarką!

No dobra, koniec ględzenia o mnie, czas przejść do konkretów. Któż z nas nie chciał napisać książki, która stałaby się sławnym na całym świecie bestsellerem, z hollywoodzką aleją gwiazd w znakomitej ekranizacji nagrodzonej Oscarem i z nagrodą Pulitzera w kieszeni? Ale od samego marzenia do celu droga długa, stroma i pod górkę. A kto się jej podejmie - albo naprawdę w siebie wierzy, albo po prostu nie ma co robić z wolnym czasem.

Na pomysł wpaść łatwo. Właściwie idea sama do nas przychodzi, niejednokrotnie zaskakując i podkręcając do działania. Tak, to ona, owa sławna wena twórcza! To wtedy przyszły autor siada przed komputerem (bądź nad zeszytem, dzierżąc wieczne pióro w swej prawicy) i zaczyna przelewać słowa na papier, czy to elektroniczny, czy ten z makulatury. Na początku tsunami, później rwąca rzeka, następnie spokojny strumyczek, aż po dziesięciu maksymalnie stronach źródełko wysycha. Gratulacje należą się tym, którzy potrafią pływać w saharyjskim piasku i korzystać z pary wodnej - tylko oni będą w stanie dotrzeć do mety okraszonej najpiękniejszym dla pisarza słowem KONIEC. Wielu aspirującym przyszłym pisarzom brak zapału, aby dokończyć to, co zaczęli. Jeśli już zaczęli w ogóle pisać, bowiem niejednokrotnie kończy się na samym zarysie fabuły w naszej głowie.

OK, ale tekst został spłodzony, historia spisana. Pełni entuzjazmu zastanawiamy się co dalej, w końcu wizja milionów na koncie majaczy gdzieś tam w zakamarkach umysłu. Coś trzeba zrobić, tylko co? 

Otóż należy zrobić najnudniejszą rzecz na świecie - przeczytać całą książkę od A do Z. Podczas pisania nawet nie zauważamy, kiedy robimy błędy. Niektóre fragmenty trzeba poprawić, inne całkowicie wykreślić, tu i ówdzie coś dopisać. Może wydaje nam się, że nikt lepiej od nas nie wie, co napisaliśmy, ale to nieprawda. Najlepiej zawsze będzie wiedział czytelnik. A najbardziej obiektywny będzie czytelnik niezaangażowany w pracę i życie autora. Innymi słowy osoba postronna, która przeczyta nasze dzieło i krytycznie oceni. A my z żelaznym uśmiechem na twarzy tę krytykę przyjmiemy do wiadomości i w pięćdziesięciu procentach się do niej zastosujemy.

Kolejny krok, po ponownej edycji tekstu i naprowadzeniu poprawek zasugerowanych przez niezależnego krytyka, to znalezienie wydawcy. Jeśli myśleliście, że po napisaniu książki będzie z górki - błąd! Nie ma nic gorszego niż pisanie maili z autoreklamą do wszystkich możliwych wydawców na rynku i czekanie na odpowiedź (albo jak w 99% przypadków - jej brak). Wydawcy zwykle zastrzegają sobie, iż od momentu wysłania do nich tekstu mają ok. 3 miesiące na zapoznanie się z nim i wystosowanie ewentualnej odpowiedzi. Jeśli nie są zainteresowani, to po prostu nie odpisują wcale. I tak czekaj sobie w napięciu przez 3 miesiące, odświeżaj pocztę co 5 minut, powstrzymuj przed dzwonieniem na infolinię wydawnictwa, czy wiadomość z Twym dziełem na pewno doszła! A po upływie 90 dni zalej wszystkich dookoła morzem łez, bo skrzynka, poza spamem, nadal świeci pustkami.

Napisałam już dwie książki i wiem, co mówię. Zwykle dzieliłam sobie wydawnictwa na kilka grup i co trzy miesiące wysyłałam maile z kopiami tekstów do kilku z nich jednocześnie. Rzadko kiedy dostawałam odpowiedź. Jeśli wydawnictwo było miłe, ale niezainteresowane, to odpisywało, iż np. nie wydaje pozycji z tego gatunku, ale niech Pani spróbuje w tym i tym wydawnictwie. Raz czy dwa dostałam propozycję wydania książki w wersji papierowej, ale pod warunkiem, że dorzucę się do biznesu. W skład takich wydatków wchodziła płatna profesjonalna korekta (cena w zależności od długości manuskryptu) plus pokrycie co najmniej połowy wydatków związanych z nakładem. Jeśli kogoś stać, proszę bardzo. Niezarabiająca na siebie studentka raczej może o czymś takim pomarzyć.

Cóż więc zrobić? Schować do szuflady i zapomnieć? Włożyć tyle pracy, energii i czasu na marne, w projekt bez przyszłości?

Kiedyś może bym się poddała. Kiedyś - czyli przed erą e-booków. Dziś, dzięki self-publishingowi każdy może wydać swoją książkę. I to bez początkowego kapitału. Wystarczy znaleźć dobrego, godnego zaufania wydawcę. To też nie jest łatwe - za pierwszym razem się sparzyłam, podpisałam umowę i odesłałam do wydawcy, ale (na szczęście) nie wywinął się z jej najważniejszego punktu, czyli publikacji dzieła w określonym terminie, w związku z czym prawa znów przeszły na mnie i mogłam szukać dalej. Bo tak prawda: podpisując umowę przekazujemy część naszych praw do książki wydawnictwu. Już nie jesteśmy wolnymi ptakami mogącymi zrobić ze swoją twórczością co im się żywnie podoba. No ale, coś za coś. W zamian, jeśli dobrze trafimy, dostaniemy dobrą korektę, edycję, ISBN, okładkę i dystrybucję do największych, najpopularniejszych księgarni internetowych, nawet tych międzynarodowych. 

Przyznaję, e-book to nie to samo co "żywa", szeleszcząca i pachnąca drukiem książka. Jako autor również nie zarabiam na tym nie wiadomo jakich pieniędzy - dostaję ledwie 30% ceny po odprowadzeniu podatku VAT, a ten na książki elektroniczne wynosi aż 23% ceny podawanej w księgarniach. Biorąc pod uwagę, iż nie mam popularnego nazwiska i nie zajmuje się mną żaden spec od reklamy, nie mogę liczyć na sprzedaż e-booka za wysoką cenę. W efekcie moja gaża za egzemplarz waha się między 1 a 3 zł.

Czy warto dla takich groszy? A co z willą z basenem, sportowym samochodem i akacjami w Hamptons?! Cóż, powiem tak: nie ma lepszego uczucia od chwili, w której po raz pierwszy widzisz swoje "dziecko" ogólnodostępne, do kupienia w księgarni, nawet jeśli jest to księgarnia elektroniczna. A miliony na koncie może też kiedyś się pojawią. Jednak, wbrew pozorom, nie one są w życiu prawdziwego pisarza najważniejsze. Moim marzeniem jest, aby ktoś czytał to co napisałam. Czytał, zastanawiał się i po lekturze podzielił się swoją opinią. Jeśli się podobało - super! Jeśli nie - dlaczego i jakie czytelnik miałby dla mnie wskazówki na przyszłość? Bo komentarz w stylu "Ale to było chujowe" niestety nie wchodzi do kanonu konstruktywnej krytyki, a jedyne uczucie jakie wzbudza to ból, zwątpienie we własne siły i niesmak.

Zastanawiałam się, czy nie wkleić tu linków do stron moich książek, jednak nie chcę robić sobie reklamy. Nie jestem też pewna, czy dorosłam do tego, aby przestać być anonimową na tym blogu. Przyznaję jednak, że bardzo jestem ciekawa opinii nieznanych mi osób na temat tych moich dwóch dużych tekstów - kto wie, może kiedyś się odważę i będę się nimi chwalić na prawo i lewo? ;)

wtorek, 30 lipca 2013

Będę pisarką!

Kiedy byłam małym brzdącem, na popularne pytanie "Kim zostaniesz w przyszłości?" odpowiadałam "Nie wiem". Mama wtedy wtrącała "Zostaniesz lekarzem i będziesz leczyć dzieciom serduszka", na co odzywała się moja buntownicza natura: "NIE! Nie będę lekarzem i nie będę leczyć żadnych dzieci!". (Uprzedzam pytanie - nie jestem z rodziny lekarzy i nikt, poza jedną pielęgniarką, nie miał nigdy do czynienia ze służbą zdrowia na stopie zawodowej). Tak więc mama, widząc moje święte oburzenie, zaprzestała torowania drogi tej idei. A ja nadal nie miałam sprecyzowanego pomysłu na przyszłość. Chociaż trudno wymagać czegoś takiego od dziecka w podstawówce.

Moment zwrotny nastąpił, gdy miałam 10 lat. Moja starsza kuzynka pokazała mi wtedy zeszyt, zwykły, standardowych wymiarów zeszyt w kratkę, który pamiętam do dziś. W środku natomiast znajdowały się zupełnie niezwykłe skarby, które zawładnęły moją wyobraźnią - opowiadania. Autorem tych historyjek była oczywiście moja dwunastoletnia kuzynka, która również zadbała o ilustracje. Jak możecie się domyślić, wysokiego lotu dzieło to to nie było, niemniej i ja zapragnęłam mieć coś takiego. Dostałam od niej swój pierwszy, bliźniaczy z pierwowzorem zeszyt i tak zaczęła rodzić się we mnie chęć zostania pisarką. Przez kilka następnych lat, gdy kuzynka przyjeżdżała do mnie na wakacje, siadałyśmy razem na mojej kanapie z podkładkami i zeszytami na kolanach, długopisami w rękach oraz zestawem kolorowych kredek gdzieś w pobliżu i tworzyłyśmy swoje dzieła. Zwykle wyglądało to w ten sposób, że po zapisaniu dwóch/trzech kartek (choć czasem nawet całych rozdziałów) przerywałyśmy, zamieniałyśmy się zeszytami i czytałyśmy co też wymyśliła ta druga. Innymi razy czytałyśmy je sobie na głos i oceniałyśmy na bieżąco. To był chyba najbardziej twórczy okres w moim życiu - do dziś w pudełku z pamiątkami trzymam jeden z owych zeszytów.

Niestety, stało się to, co nieuniknione - dorosłyśmy. Albo raczej podrosłyśmy i gdy byłam w gimnazjum zaniechałyśmy wspólnego pisania. Co nie znaczy, że rzuciłyśmy pisanie na dobre! Obie miałyśmy komputery i choć w świecie realnym dzieliło nas ponad czterdzieści kilometrów, dzięki łączom internetowym przesyłałyśmy sobie pliki z naszymi książkami. A właściwie ich zaczątkami i ogólnymi zarysami, bo żadnej nie udało nam się skończyć. Oprócz tego, w ostatniej klasie gimnazjum przyjaciółka wciągnęła mnie do redakcji szkolnej gazetki. Wtedy byłam już na etapie bardziej sprecyzowanych poglądów na przyszłość - pod koniec podstawówki chciałam zostać filologiem angielskim, a w gimnazjum dziennikarką. No i oczywiście, nie zapomniałam o głównym marzeniu, czyli wydaniu książki. Dlatego przejęcie niezbyt ciekawej kolumny - pamiętnika fikcyjnej nastolatki - dawało mi szansę na sprawdzenie, czy rzeczywiście mam jakiś talent. I wtedy stało się coś niesamowitego!

Do tej pory, zanim dołączyłam do grupy redakcyjnej, nasza szkolna gazetka co miesiąc wzbudzała dość spore emocje wśród uczniów, które jednakże opadały zaraz po szybkim rzucie okiem na ostatnią stronę - stronę z pozdrowieniami. Każdy chciał być tu wyróżniony. Każdy liczył, że tajemniczy wielbiciel/wielbicielka ogłosi swoje uczucia do niego na forum szkoły. Albo chociaż chciał, żeby przyjaciele dali mu poczuć, że jest fajny i wspomnieli o nim na tej ostatniej stronie. Poza tym gazetka zawierała artykuły, których nikt nie czytał. O rubryce, którą później przejęłam, nie wspominając - notki były krótkie, w stylu "Znów dostałam 6! Jadę z chłopakiem do kina!". 

Kiedy włączyłam się w tworzenie owej gazetki, nie od razu wzięłam się za pisanie fikcyjnego pamiętnika. W pierwszym miesiącu napisałam artykuł o tym, jak uchronić się przed jesiennym przeziębieniem ;) Dopiero drugi numer ukazał się z fragmentem pamiętnika autorstwa mojego i mojej przyjaciółki. Bo właśnie ten pierwszy fragment pisałyśmy razem, na Gadu-Gadu: na zmianę pisałyśmy po jednym zdaniu, nie wiedząc zupełnie, co napisze ta druga i jaki ma pomysł na dalszy ciąg. Było to fajne doświadczenie i wyszedł nam naprawdę niezły (a także dość spory) kawałek. Po drobnej korekcie wysłałyśmy go nauczycielce - redaktor naczelnej. W dniu "wydania" gazetki zawsze zbieraliśmy się wszyscy w jakiejś sali lub na korytarzu i razem z egzemplarzami najnowszego numeru do rozniesienia po klasach, dostawaliśmy cenne uwagi na temat naszych tekstów. Do dziś pamiętam wyraz twarzy nauczycielki i jej okrzyk "Dziewczyny! To jest wspaniałe!" :) Po raz pierwszy ta kolumna zajęła więcej niż pięć linijek tekstu - tak naprawdę miała dwie i pół strony. Podbudowane sukcesem, obie uwierzyłyśmy w swoje siły, jednak dalej już sama prowadziłam ową kolumnę. 

Gazetka wychodziła raz w miesiącu i z każdym kolejnym numerem słyszałam coraz więcej głosów na korytarzach komentujących życie mojej bohaterki. Koleżanki przychodziły mnie pochwalić, jednocześnie próbując wyciągnąć co będzie dalej. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak w środku pałałam z dumy, że z nieznaczącej rubryczki zrobiłam kolumnę sławną na całą szkołę! A najbardziej w tym przekonaniu utwierdzały mnie pochwały od innych nauczycielek, gdyż nawet nie zdawałam sobie sprawy, że i one czytają moje opowiadania. Do dziś pamiętam, gdy przed rozpoczęciem lekcji matematyczka poprosiła, żebym podeszła do jej biurka i spytała, czy to ja tworzę ten pamiętnik. Przytaknęłam, zresztą pod tekstem widniało moje imię i nazwisko. Pochwaliła mnie, a ja nie mogłam uwierzyć, że w moim opowiadaniu rozczytują się dorośli! Lubiłam też patrzeć na zdziwienie malujące się na twarzy pytających "Ty to wymyśliłaś, czy opisujesz prawdziwe zdarzenia?", kiedy mówiłam, że to w stu procentach wytwór mojej wyobraźni.

Koniec gimnazjum zbliżał się jednak nieuchronnie oraz wielkimi krokami, a razem z nim koniec mojej kariery w gazetce. Z myślą o zostaniu dziennikarką poszłam do liceum do klasy humanistycznej - co uważam za wielki błąd, bo oprócz interpretacji dzieł klasycznych, nie napisałam nic własnego. Przynajmniej nie oficjalnie. Z ciekawości zajrzałam na internetowe wydanie gazetki z gimnazjum. Przykro mi się zrobiło, gdy zobaczyłam, że moja - teraz już była - kolumna ponownie została zdegradowana do pięciu linijek o treści "Ale nudy w szkole. Dostałam pięć z matmy z kartkówki! Jadę dziś na pidżama party".

Podczas wakacji między gimnazjum a liceum zaczęłam jednak pisać coś większego - swoją pierwszą prawdziwą książkę. Ukończyłam ją dwa lata później, przed swoimi 18 urodzinami. W międzyczasie wygrałam również konkurs literacki, którego nagrodą miało być m. in. opublikowanie opowiadania w normalnych zeszytach A5 w kratkę bądź linię - na końcu kilka kartek miało być zapisanych właśnie tym zwycięskim opowiadaniem, żeby uczniowie na nudnej lekcji mogli sobie poczytać ;) Jednak do publikacji nie doszło (a oba moje opowiadania, które wysłałam, wygrały) mimo, iż resztę nagród otrzymałam. Również w tym czasie, po srogim zawodzie wywołanym klasą humanistyczną, zapałałam miłością do chemii i biologii. Po pierwszym semestrze pierwszej klasy już wiedziałam, że będę zdawała na uniwersytet medyczny. Co było diametralną zmianą, tym bardziej, że w gimnazjum nienawidziłam chemii!

Jak już wspomniałam, przed 18. urodzinami ukończyłam pierwszą książkę, której pisanie zajęło mi 2 lata. No, to jak już napisałam, to teraz z górki! myślałam. Nic bardziej mylnego! Dziś co prawda mam na swoim koncie już dwa wydane e-booki, ale od momentu ukończenia pisania do momentu ukazania się książki na rynku minął okrągły rok. Jednak o drodze, jaką ja wraz z moim tekstem musiałam przejść przez te 365 dni, napiszę Wam już w nastęnym poście ;)

poniedziałek, 15 lipca 2013

Z pamiętnika studentki medycyny

Już połowa lipca, większość z Was (a przynajmniej studenci i uczniowie) mają wakacje. Co prawda pogoda nie jest zbyt letnia, ale przynajmniej nie trzeba wychodzić z domu, bądź spędzać całe dnie nad książkami. Chociaż w sumie nie wiem, jak to wygląda na innych kierunkach - ja w każdym razie zaraz po przyjściu do domu i szybkiej konsumpcji obiadu z jednoczesnym sprawdzeniem poczty i wszystkich możliwych komunikatorów internetowych (a nóż ktoś zostawił ważną, pilną i koniecznie na już wymagającą odpowiedzi wiadomość), siadałam z podręcznikiem i kułam do 22:00-23:00. Potem szybko spać, a następnego dnia pobudka o 5:30, bo przecież na pociąg trzeba zdążyć.

Do wakacji wracając. Ostatnio usłyszałam komentarz "Ech, ci studenci to mają dobrze, 3 miesiące wakacji!". Niekoniecznie. Taki sobie student medycyny dajmy na to, musi po każdym roku studiów odbębnić prace społeczne, inaczej zwane praktykami. Można to ująć w jeszcze jeden, bardziej dobitny sposób - odwdzięczanie się rządowi polskiemu za to, że łożył na naszą naukę przez ostatnie 9 miesięcy (ten opis jednak dotyczy tylko studentów nie płacących, czyli stacjonarnych) poprzez robienie wszystkiego co tylko się da w sezonie urlopowym. Czyli wtedy, kiedy brakuje rąk do pracy, a takiego sobie żółtodzioba można bez obaw nająć do wypełniania papierków, robienia zastrzyków, mierzenia ciśnienia i innych nieinwazyjnych zabiegów, podczas gdy samemu można zająć się tymi naprawdę ważnymi sprawami. Oczywiście nowicjusz robi to wszystko bezpłatnie, bo kto by za taką pracę miał płacić.

I tak lipiec leci, a ja codziennie chodzę do dość sporej przychodni w moim miasteczku i robię, co mi każą. A właściwie sama szukam pracy i wyręczam innych, jeśli jakieś zadanie nie przekracza moich dość skąpych kompetencji. Nie lubię bowiem siedzieć z założonymi rękami i z miną "Nic mnie to nie obchodzi" patrzeć, jak wszyscy się krzątają. Ostatnio nawet jedna z pielęgniarek całkiem serio mi się spytała, czy nie mam ADHD, co w pewnym sensie odebrałam jako komplement ;) Oznacza to dla mnie że widzą moją pracę i doceniają starania. Niemniej wiadomo - do poważniejszych spraw mnie nie wezmą, a momentami czuję się wręcz jak intruz. No bo co, przyszła sobie wielce studentka po II roku medycyny i na pewno ma fiu-bździu w głowie, jeszcze rządzić będzie pewno chciała! Ale na szczęście w przychodni, w której pracuję, zostałam przyjęta ciepło i z wyrozumiałością dla mojego godnego pożałowania statusu żółtodzioba bez doświadczenia.

Minęły dwa tygodnie mojej praktyki, tyle samo jej jeszcze zostało. Dużo się już nauczyłam, z czego niesamowicie się cieszę. Do nowo nabytych zdolności mogę zaliczyć pobieranie krwi, zrobienie EKG, zastrzyków domięśniowych, obsłużenie sfigmomanometru (doprawdy, nie próbujcie wypowiadać tego słowa), etc. Proste, małe rzeczy, które każdy mógłby wykonać, ale i tak mnie to cieszy. Od dziś zaczęłam pracę z pediatrą, w przyszłym tygodniu będę siedziała na głowie lekarzowi rodzinnemu. W związku z okresem letnim oraz wolnym pacjentów przychodzi (niestety?) mało, na przypadki w stylu dra Housa też nie liczę ;) 

Dziś jednak dopadł mnie kryzys. Pracę (czy można to tak w ogóle nazwać?) zaczynałam od 13:00 i do tej niemal godziny smęciłam, jak bardzo mi się nie chce i jak bardzo czekam na te upragnione wakacje. Bo spójrzmy prawdzie w oczy - nie chcę być melodramatyczna i nie powiem, że medycyna to najtrudniejszy kierunek na świecie (na pewno jest coś na równi lub nawet gorszego), nie mogę jednakże stwierdzić, że po roku akademickim człowiek po prostu pada na pysk. Wybaczcie dosadność, ale taka prawda. W momencie zakończenia sesji student czuje się jak ptak wyrwany z klatki: słońce! Świeże powietrze! Mama, tata! Przyjaciele! Boże, jakiś świat jednak istnieje!!!, a tu nagle bach!, do szpitala, do przychodni i odpracuj pańszczyznę! Kolejny miesiąc wstawania wcześnie rano, plus taki, że przynajmniej popołudnia wolne, bo nikt następnego dnia z wiedzy nie będzie egzaminował. Nabywamy też nieco umiejętności praktycznych, dostajemy możliwość wglądu zza kulis na nasz przyszły zawód. Poczucie niesprawiedliwości pojawia się tylko w momentach:
  • gdy znajomi dostają wypłatę za swoją pracę,
  • kiedy jadą w środku tygodnia na imprezę trwającą do ranka następnego dnia,
  • w chwili podjęcia decyzji "Jutro jedziemy nad jezioro, tak na tydzień", kiedy Ty musisz odmówić, bo przecież nie jesteś zatrudniony, więc nie dostaniesz urlopu,
  • gdy na dworze leje jak z cebra i nie chce Ci się w ogóle wychodzić z domu, lub wręcz przeciwnie, świeci piękne słońce, plus 30 stopni i pracuj tu w takich warunkach bez klimatyzatora.
Ale już koniec narzekania! Chciało się studiować, trzeba przyjąć wszystkie tego aspekty na klatę. W końcu i ja będę miała wakacje, prędzej czy później mnie także ten zaszczyt kopnie. A w przyszłości może nawet uda mi się załapać dobrze płatną pracę? ;D

sobota, 6 lipca 2013

The Beauty I saw

Czy ktoś jeszcze pamięta, jak tu i tu pisałam o kompleksach i poczuciu piękna? Jak starałam się poprzeć argumentami tezę, że piękno to nie rozmiar ubrań, drogie ciuchy, kunsztowny makijaż, ale to jak czujemy się we własnym ciele, czy lubimy siebie samych i jak to sobie okazujemy?

Chciałabym opisać Wam historię, która zaczęła się dwa dni temu od jednego SMSa, a skończyła tym, że do dziś znajduję się pod wrażeniem tego, co zobaczyłam wczoraj w południe.

Dwa dni temu, wieczór. Sygnał telefonu - dostałam wiadomość. Nadawcą jest moja kumpela. Otwieram i czytam tekst, w którym żali się, iż nie może kupić sobie szortów, bo światła w przymierzalniach są bezlitosne i każdą możliwą niedoskonałość (a już szczególnie ten ukryty cellulit) okrutnie odsłonią. Odpisałam jej, jak to zwykle przyjaciółki robią w takich momentach (ale też absolutnie szczerze!), że przesadza - bo naprawdę, ja u niej cellulitu jeszcze nie widziałam, a co tydzień miałam okazję oglądać ją w krótkich spodenkach, nawet w zimie. Parę wiadomości później w końcu napisałam, co leżało mi na sercu. 

Otóż prawda jest taka, że my naprawdę nie wyglądamy źle. Jeśli kobieta stara się dbać o siebie, nie pali papierosów, nie przesadza z alkoholem, stara się zdrowo odżywiać i ćwiczyć - będzie wyglądała dobrze! Jeśli do tego nałoży delikatny makijaż (dziewczyny, naprawdę, tusz do rzęs, odrobina podkładu i już! Cała filozofia, a zajmuje góra 5 minut - bronzery, sztuczne rzęsy, róże na policzki, szminki w ostrych kolorach, kredki do oczu i cienie zostawcie na wieczór, choć tu również wskazałabym umiar, bo nieliczne potrafią zrobić z tego prawdziwy użytek z korzyścią dla urody), zadba o fryzurę pasującą do jej osobowości oraz kształtu twarzy, a także ubrania stosowne do typu figury, będzie miała niemal wszystko, co trzeba aby aspirować do miana pięknej. Bo ostatnią rzeczą, a zarazem najważniejszą, to pewność siebie i świadomość własnej wartości. Bycie dobrą, uśmiechniętą osobą, a nie mrukiem zamkniętym w sobie. Dbanie nie tylko o wygląd zewnętrzny, ale także o strawę dla ducha, czyli intelekt. Wierzcie lub nie, ale z twarzy łatwo można wyczytać, czy umysł myślą nieskalany, czy może jednak sklecenie poprawnego zdania złożonego nie będzie większym problemem.

Okazało się, iż ja ubrałam w słowa to, o czym ona myśli. I mogę się założyć, że nie tylko my na to wpadłyśmy.

Następnego dnia udałam się do przychodni, w której odbywam praktyki wakacyjne. W planach miałam wizytę domową z położną. Pojechałyśmy razem służbowym samochodem na wieś, za granice miasteczka, w którym mieszkam. Samochód zaparkowałyśmy przed naprawdę sporą działką, typową dla polskiej wsi. Niedaleko starego płotu stała mała, biała chatka. Z zewnątrz wyglądała na biedną i bez wątpienia przeżyła już co najmniej jeden wiek. Miałyśmy problem z otwarciem starej bramy, lecz kiedy wreszcie udało nam się przez nią przejść, koło moich nóg pojawił się rudy spaniel, ciekawsko obwąchujący wagę niemowlęcą w moich rękach. Dopiero po chwili usłyszałam, że ktoś go nawołuje i odwróciłam się w tym kierunku, aby przywitać właścicielkę.

To nie było tak, jak na filmach - piorun trzasnął, ziemia zadrżała, albo kwiaty i liście nagle zaczęły łagodnie szumieć pod wpływem lekkiego podmuchu wiatru, a czas jakby nagle zwolnił. Bez przesady.

Owszem, kobieta, która do nas podeszła, była niewątpliwie ładna. Nie miałam jednak czasu ani myśli uważniej jej się przyjrzeć. Dopiero kiedy wzięła śpiące w wózku dziecko na ręce i zaprowadziła nas do sieni zauważyłam jej piękno. Myślę, że najlepiej moje uczucia opiszą słowa, które wczoraj pisałam do kumpeli, o której już wcześniej wspomniałam:

Boże, najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widziałam! Jakbym była facetem, to chyba bym się pod pociąg rzuciła z faktu, że już ma męża i dziecko i planuje z nim następne

myślałam, że to Rosjanka lub Ukrainka, bo taki akcent miała dziwny, ale potem położna mi powiedziała, że kobieta to córka Polki, która wyjechała do USA i tam ją urodziła
po śmierci ojca tej matki wróciły do Polski, bo zapisał wnuczce swój dom
właśnie tę chatkę, w której dziś byłam
wieeeeeelki ogród, pies - cocker spaniel w tymże ogrodzie, oczko wodne (wyglądało jak naturalne, a nie jak te tandetne ze złotymi rybkami), hamak gdzieś tam między drzewami, wszędzie zielona trawa
a na środku mała, stara chatka, taka typowo wiejska, parterowa, z wąskimi i niskimi przejściami między izdebkami. Podłoga z surowego drewna bez dywanów, ściany pobielane, meble stare, ciosane w drewnie, zero nowoczesności (albo taka, która nie rzuca się w oczy)
i ta kobieta w niebieskiej sukni do ziemi na ramiączkach, nie licząc lekko muśniętych tuszem rzęs niemal bez makijażu, lekko opalona, blondynka, z sześciotygodniowym dzieckiem na rękach - obrazek jak z bajki, aż miałam wrażenie, że zaraz ktoś mnie obudzi

Jak łatwo zauważyć, byłam pod takim wrażeniem, że nie dbałam specjalnie o wielkie litery ;) Kobieta naprawdę była zjawiskowa. Wszystkie gwiazdy Hollywood przy niej wyglądałyby tandetnie. Urody nie da się opisać słowami, więc nie będę próbowała. A dlaczego nie zrobiła na mnie tak piorunującego wrażenia w momencie, kiedy pierwszy raz ją ujrzałam? Bo dopiero poprzez jej ruchy, szeroki uśmiech i miłość, objawiająca się w każdym jej spojrzeniu na dziecko zauważyłam, że jest tu szczęśliwa. A nie ma nic piękniejszego od szczęśliwej kobiety. Wcale nie musiała mieć iście słowiańskiej urody - chociaż niewątpliwie natura jej tego nie poskąpiła. Z drugiej strony mogłaby mieć figurę supermodelki (a po sześciu tygodniach od porodu zapewniam Was, że takowej nie miała - co jednak rzuciło mi się w oczy dopiero po kilkunastu minutach, kiedy mój oszołomiony umysł zaczął nadawać w zwykłym, damsko-porównawczym trybie), wszelkie aspekty urody, ale na przykład zadzierać nosa, bądź chodzić z owym nosem spuszczonym na kwintę i znów nie nazwałabym jej piękną.

Dlaczego więc katujemy się, męczymy, na własną odpowiedzialność zaniżamy własne poczucie wartości porównując się do "ideałów" z fotoszopa? Do osób, które tak naprawdę nie istnieją, bo przecież nie widzieliśmy ich na żywo, a wizerunek w mediach nie odzwierciedla rzeczywistości, ba!, jest od niej tak daleki jak stąd na Księżyc? Jak widzicie, wcale nie trzeba mieć rozmiaru zero, by zrobić takie wrażenie na innych ludziach. Wystarczy po prostu w siebie uwierzyć. I nie skąpić innym uśmiechu.