sobota, 9 listopada 2013

Co mnie denerwuje w kobietach

Od 21 lat jestem przedstawicielką płci pięknej*. Mimo to, wiele typowo (lub nawet - stereotypowo) kobiecych zachowań jest dla mnie obce, niezrozumiałe lub po prostu wkurzające. I choć uwielbiam być kobietą, tych kilku rzeczy nie jestem w stanie pojąć.


FOCH

Miejsce numer jeden, ponieważ naprawdę nigdy, przenigdy nie będę w stanie zrozumieć fenomenu tej metody karania faceta przez jego ukochaną czy choćby zwykłą koleżankę. Kiedy mężczyzna zrobi coś źle, kiedy zapomni o Waszych urodzinach, kiedy nie przepuści Was w drzwiach, wyśmieje Wasze hobby - zamiast składać przysięgi milczenia może warto byłoby z nim pogadać i wytłumaczyć mu, że to co właśnie zrobił (bądź też nie zrobił), co powiedział, jak zareagował sprawiło Wam przykrość. No bo co z tego, że strzelicie forever focha z przytupem i melodyjką, skoro facet nie będzie nawet wiedział z jakiego to powodu. A jak nie będzie znał powodu to, po pierwsze, wymownie wzniesie oczy ku niebu i skwituje Waszą postawę westchnieniem pełnym politowania (Ech, te baby...), a po drugie skoro nie wie, co konkretnie Was uraziło, nie zmieni swojego zachowania w danej kwestii. Natomiast kobieta, sfrustrowana ignorancją tego idioty, który nie widzi, że zranił mnie dogłębnie mówiąc, iż ten szalik wygląda jak mop do podłogi, zamieni się w tykającą bombę - uwięziona w jej umyśle za sprawą milczenia złość będzie w niej narastać, aż w końcu BUM! i przy najbardziej trywialnej okazji rozpęta się armagedon.
Rada ode mnie: dla zachowania zdrowia psychicznego, zarówno swojego jak i mężczyzn, w przypadku kiedy on znów zrobi coś nie tak po prostu ze sobą pogadajcie i wyjaśnijcie całą sprawę. Warto również zacząć stosować zasadę Nie idź do łóżka obrażona, czyli wszystkie konflikty rozwiązujcie zanim położycie się spać.


KONTROLERKA

Coraz częściej widzę kobiety pragnące mieć pieczę nad wszystkim i wszystkimi dookoła. Jest OK, jeśli kontrolujemy swoje życie - sama w większości wolę mieć jakiś plan, którego się trzymam, bo jest mi z tym zwyczajnie prościej. Są jednak panie, które wtrącają się w życie innych, starając się przejąć nad nim władzę. Telefony co godzinę, SMSy co pięć minut - tego naprawdę nie cierpię. Matka na każdym kroku kontrolująca swoje dziecko: Nie idź tam!, Nie baw się z nim, Włóż to, a nie tamto, Nie będziesz tego jadł, Zostaw to, to jest brudne! itd. Do tego dochodzi nadmierna ochrona przed złem tego świata. Zrozumiałe, że żadna matka nie chce, aby jej dziecku stała się krzywda, ale interweniowanie w każdej, nawet trywialnej sytuacji doprowadza albo do buntu takiego dziecka, albo do przylgnięcia do maminej spódnicy i wyrośnięcia na osobnika kompletnie nieprzystosowanego do życia w pojedynkę - co, niestety, obserwujemy coraz częściej. 
Następnie żona bawiąca się w detektywa: Gdzie byłeś?, Z jakimi kolegami?, Ile piw wypiłeś?, Dokąd idziesz?, A co to za blondynka, która się z tobą przywitała?, Nie, nie włożysz tego dresu, tu masz ładny sweterek, Nie wolno ci tego jeść, bo przytyjesz!... Bóg mi świadkiem, nie dziwię się mężczyznom, że zdradzają takie kobiety, czy zwyczajnie od nich odchodzą. Nikt nie chce żyć z inwigilatorem w domu, a każda cierpliwość kiedyś się kończy. Facet to też człowiek ;) Też ma swoje zdanie, swoje życie, swój wolny czas. Dopóki nie przychodzi zalany w trupa co drugą noc, nie bije wszystkiego i wszystkich dookoła, nie traci całej wypłaty u bukmachera, nie znika na całe dnie i przynajmniej raz w miesiącu nie ląduje na policji - można go uznać za osobę rozumną, która potrafi o siebie zadbać. Dawanie wskazówek jest jak najbardziej na miejscu, przedstawianie swojej opinii na dany temat również, ale małżeństwo/partnerstwo to sztuka kompromisu, a nie niewolnictwo czy więzienie.


NIE ZABIERASZ MNIE NA SPOTKANIA Z KOLEGAMI - WSTYDZISZ SIĘ MNIE??
 
Drogie Panie, zastanówcie się - czy Wy ciągałybyście swoich facetów na spotkania z przyjaciółkami? No tak, przecież każdy mężczyzna marzy o dwu-, trzygodzinnych ploteczkach przy kawie i ciastku z rozćwierkanymi niewiastami. A już najbardziej słuchać jak na niego narzekacie i wylewacie swoje żale. Czy dla Was bądź Waszych koleżanek byłaby to komfortowa sytuacja? Czy mogłybyście sobie rozmawiać tak swobodnie jak zawsze, kiedy w zasięgu słuchu znajdowaliby się partnerzy każdej z Was? 
Nie jesteśmy przywiązani do drugiej osoby łańcuchem, więc nie musimy wszędzie chodzić razem. Człowiek to przecież jednostka autonomiczna! A też prawdę powiedziawszy, czy interesowałaby Was wielogodzinna dysputa przy piwie dotycząca ostatniego meczu Lecha Poznań z Legią Warszawa, którego prawdopodobnie nawet nie oglądałyście? Czy wsłuchałybyście się w rozmowę o nowym samochodzie kumpla, jaki ma silnik, osiągnięcia, porównywanie z innymi konkurentami na rynku? (Tu przyznaję, że ja akurat chłonęłabym każde słowo, gdyż uwielbiam samochody i co nieco o nich wiem). Standardowo już po pół godzinie (jeśli nie wcześniej) zaczęłybyście marudzić, że chcecie iść do domu. Więc zamiast marnować swój czas oraz nerwy, może po prostu puśćcie faceta luzem, a same zróbcie coś co sprawia Wam przyjemność?


FEMINISTKI

Teraz wchodzę w opis konkretnej grupy kobiet. Nie powiem - cieszę się, że dzięki działalności sufrażystek i feministek mogę się uczyć, pracować, głosować w wyborach itp. Ale nie rozumiem już tego zamieszania wywoływanego przez chociażby grupę Femen, w której kobiety z odsłoniętą górną częścią ciała wyskakują znienacka na główny plan jakiejś imprezy czy show. Zwykle są to sytuacje typu - finał programu Top Model, wybory Miss, jednym słowem imprezy, w których biorą udział młode, ładne dziewczyny. Feministki buntują się, uważają, że takie happeningi, programy sprowadzają się do traktowania kobiet jak przedmiot. Ich uwadze jakby umyka fakt, że tych dziewczyn nikt nie zmuszał do brania udziału w całym przedsięwzięciu, ba!, one same się tam zgłosiły, bo takie było ich marzenie! We współczesnym świecie kobiety w krajach rozwiniętych znają swoje prawa i potrafią je egzekwować. Wcale nie uważam też, jakoby (dla przykładu) tytuł profesor czy doktor uwłaczał kobiecie z tego względu, iż występuje on tylko w formie męskiej. Jak dla mnie to raczej wielki zaszczyt nosić takie miano, ale o gustach się nie dyskutuje ;) Nie mam też nic przeciwko ustępowania mi miejsca czy przepuszczania w drzwiach. A już na pewno nie czuję się na siłach, żeby dorównać facetowi w pracy w kopalni czy na budowie. Aczkolwiek przecież nikt nam tego nie zabrania - "napakowana" kobieta może mieć więcej siły niż niejeden mężczyzna. Tylko której z nas chciałoby się codziennie wylewać siódme poty na siłowni przerzucając żelastwo oraz faszerować sterydami, bo natura nie wyposażyła nas w wystarczającą ilość testosteronu aby rozrosnąć do tego stopnia?
Nie twierdzę, iż feministki w ogóle na świecie nie są potrzebne. Owszem, są - w krajach, w których kobiety nie mają żadnych praw i są własnością mężczyzn. W większości przypadków te kobiety nawet nie zdają sobie sprawy, iż mogłyby żyć inaczej. Że mężczyzna to nie bóg, ale człowiek taki sam jak one. Tylko która z wojujących feministek wybrałaby się z misją do takiego kraju...? 
No właśnie.


To nie wszystkie aspekty, które denerwują mnie w mojej płci. Jednak już widzę, że bardzo się rozpisałam, dlatego resztę zostawię na później. 

Dziś również mija pierwsza rocznica założenia bloga. Z tej okazji życzę sobie i Wam, żebym częściej pisała, bo przyznaję, iż mój brak czasu często doprowadza do zaniedbania bloga. Mam nadzieję, że uda mi się to naprawić, a i jakość notek będzie coraz lepsza ;)

Miłego weekendu!

* Swoją drogą, to przecież kobiety nakładają makijaż, aby wydobyć swoje naturalne piękno - bez tego większość czuje, że wygląda szaro i nieciekawie. To właśnie mężczyźni zaraz po wstaniu z łóżka są gotowi do wyjścia ;) Ach, ta logika...

niedziela, 13 października 2013

Z pamiętnika studentki medycyny #2



Za oknami żółto-czerwono-brązowo- zielono, sąsiadki wstają wcześnie rano, żeby zamieść podjazd z opadłych liści, a ostatnia notka na blogu pojawiła się dokładnie 3 tygodnie temu. Niewyspanie, brak czasu na cokolwiek, już nie wspominając o braku sił na cokolwiek!, wyczekiwanie z utęsknieniem na piątek – wszystko wskazuje na to, że rok akademicki już się zaczął.

Trzeci rok studiów medycznych jest dla mnie czasem wielkich zmian. Moja grupa studencka, której od roku przewodniczę, powiększyła się o trzynaście obcych mi osób. Jak to określają znajome, jestem dość aspołeczna (choć bardziej pasowałoby tu słowo „introwertyczna”), a do tego nie dbam o konwenanse. Jak coś mi się nie podoba, jak ktoś mi przeszkadza w wykonywaniu obowiązków, jak kłóci się ze mną, choć nie ma racji – walę prosto z mostu, bez ogródek, co myślę. Dlatego dla ludzi, którzy nie są do mnie przyzwyczajeni i znają dopiero od kilku dni, mogę wydawać się total bitch.

Nowi ludzie w grupie to oczywiście nie wszystko. Wreszcie na trzecim roku wychodzimy z dusznych sal wykładowych i wchodzimy do śmierdzących środkami dezynfekującymi sal chorych na oddziale szpitalnym. Wreszcie mamy kontakt z prawdziwymi pacjentami, którym naprawdę coś dolega. Z ludźmi, którzy zgłosili się do szpitala z konkretnego powodu (lub trafili tam po wezwaniu karetki) w celu wyleczenia bądź zdiagnozowania przyczyny ich niedomagań. A tu nagle przez drzwi wlewa się niezidentyfikowana grupa białych kitli, które swoimi niewprawnymi ruchami i przerażeniem w oczach raczej nie budują wrażenia bezpiecznego profesjonalizmu. Tak, tak, to właśnie my, studenci. Bierzemy jednego pacjenta na grupę trzy- lub sześcioosobową i przez bite półtora godziny oglądamy, obmacujemy, opukujemy i osłuchujemy. Wciskamy nasze dłonie głęboko w powłoki brzucha chorego, przykładamy stetoskopy gdzie tylko się da, nasze palce wędrują od czubka głowy aż po palce stóp, latarkami zaświecimy w oczy, uszy, jamę ustną. Każemy nabrać powietrza, wstrzymać, wypuścić powietrze, zgiąć kolana, wyprostować, wyszczerzyć zęby, zmarszczyć czoło, dotknąć nosa palcem, przejść się z zamkniętymi oczami, stanąć z rękami wyciągniętymi przed siebie, obracać głową, wodzić wzrokiem za palcem i wiele, wiele innych… W wywiadzie z pacjentem wyciągamy każdy najmniejszy szczegół, wstydliwe tajemnice nie umkną przed naszym krzyżowym ogniem pytań. Czy pan/i pali? Pije? Ile dziennie? Czy bierze pan/i leki? Jakie? Ale czy systematycznie? Nie?? A dlaczego? A stolec był? Kiedy? Czy biegunki lub zaparcia może? Ma pan/i braki w uzębieniu, był pan u dentysty? A ta blizna pod lewym łukiem żebrowym?...

Zdaję sobie sprawę, iż dla pacjenta sytuacja nie jest wtedy komfortowa. Ale wszystko o nim musimy wiedzieć. My, jako studenci później odpytywani z wyników badania przez asystentów i profesorów, oraz lekarze, którzy przecież muszą wiedzieć co choremu dolega. Student też jest nieśmiały, ogołocenie obcej osoby z jej spraw najintymniejszych nie jest dla niego (jeszcze) rutyną.

Na koniec największa zmiana, która nadeszła wraz z rozpoczęciem trzeciego roku studiów. Przeprowadzka do akademika. Do tej pory (praktycznie od pierwszej klasy liceum) codziennie pokonywałam odległość 20 km pociągiem, jednak o ile w szkole średniej usprawiedliwienie spóźnienia przez rodziców lub kartką z PKP o treści „Pociąg relacji… w dniu …. spóźnił się x minut”, o tyle na studiach spóźnialscy nie są wpuszczani na salę. Biorąc jeszcze pod uwagę kulejący rozkład jazdy i nieustanne modernizacje (jak to ładnie brzmi!) pociągi zwyczajnie kursują jak im się podoba, co mnie nie bardzo już odpowiada. I tak, po 21 latach zamieniłam ciepłe, domowe pielesze na typowo studenckie życie w akademiku. Chcesz obiad? To sobie zrób! Brak czystych naczyń? To sobie umyj! Lodówka pusta? Idź zrób zakupy! Brak kasy na koncie? To dzwoń z błaganiem do rodziców i tłumacz się, na jakie pierdoły wydałeś ostatnie kieszonkowe!

Przyznaję, że ostatnia sytuacja jeszcze mi się nie zdarzyła ;) Spanie w zatyczkach i opasce na oczy stało się moją codziennością, ale poza tym podoba mi się życie wśród studenckiej gawiedzi. Nasz uniwersytet prowadzi też program zagranicznych studiów, więc na moim piętrze mieszka wielu obcokrajowców. Z kilkoma już rozmawiałam, oczywiście po angielsku i to były chyba jedyne sytuacje, kiedy naprawdę przydała mi się znajomość tego języka. No i fajnie pogadać na żywo na przykład ze studentką szóstego roku pochodzącą z Bangladeszu :)

niedziela, 22 września 2013

Weselna szopka

#1

Wczoraj odbył się ślub. Nawet nie jeden, ale to właśnie o ten konkretny, w wiosce na wschodzie Polski wzięty, mi chodzi. Na tym ślubie para moich znajomych bawiła się w gości weselnych, a kolega nawet, jako brat pana młodego, zajął miejsce świadka. Zaproszenie dostali dawno, mieli więc sporo czasu, aby zarezerwować termin w swoim kalendarzu i stosownie się przygotować. I o ile mój kolega zbyt dużo uwagi owym przygotowaniom nie poświęcił, w końcu ileż można wybierać jeden garnitur, o tyle moja kumpela od początku wakacji myślała o nich wielokrotnie.

Sukienki - co najmniej dwie. No bo przecież, jako że impreza odbywa się na drugim końcu kraju, zostaną tam na cały weekend, a więc będą na poprawinach. A każda z nas wie, że nie można obskoczyć dwóch imprez w jednej kreacji! Toż to by było owo słynne faux pas, o którym co jakiś czas piszą plotkarskie portale i magazyny modowe! Dwie sukienki oznaczają jednak pewne problemy: na ślub nie można ubrać białej, kremowej, ecru, cafe au lait, ani żadnej innej nazwy, którą mogłaby na siebie włożyć panna młoda. Chodzą plotki, że to ona właśnie ma być gwiazdą tej imprezy, dajmy jej więc odrobinę zabłysnąć. Dużą gamę kolorów musimy jednakże wyeliminować. No dobrze, trzeba wybrać jakieś inne, dwa różne!, bo nie wypada ubrać dwóch sukienek w tym samym kolorze. To tak, jakby mieć tylko jedną, a nie o to nam chodzi. Sukienki nie mogą też być za krótkie, zbyt obcisłe (i tu już nie tylko z powodów estetycznych i etycznych, ale także trzeba pomyśleć o ogromnej ilości jedzenia i alkoholu, na które po miesiącu głodówek rzucimy się jak wygłodniałe wilki), odsłaniające zbyt wiele naszego ciała. Skromne, stonowane, ale nie daj Boże - nudne!, podkreślające naszą urodę, lecz nie przyćmiewające blasku Pary Wieczoru.

Sukienka potrzebuje też butów. Dwie sukienki = dwie pary. Istny koszmar! A ile pieniędzy! Nie, nie, nie, jedna para musi wystarczyć! Ale jak tu dobrać kolor komponujący się z obiema kreacjami? Istna zagwozdka, wojskowe plany taktyczne to przy tym pikuś! Potrzebna też będzie torebka na takie drobiazgi jak chusteczki na otarcie łez, telefon, bez którego świat przecież się zawali, bo przecież bez naszej kontroli Obama na pewno wywoła III wojnę światową, puder, tusz do rzęs, róż, szminka coby w połowie imprezy szybko makijaż poprawić... Nie zapominajmy, że dodatki w tym samym kolorze są już passé!

Makijaż i włosy, manicure, pedicure... Po pierwsze Sephora, a tam tylko dzięki promocji 3 w cenie 2 zostawiamy 130 zł, bo inaczej należałoby jeszcze doliczyć 45 zł za ten zupełnie zwyczajny błyszczyk. Fryzurę trzeba będzie wykombinować samemu, zgodnie z zasadą "Nigdy nie ufaj fryzjerowi z wioski daleko na wschodzie". Kupić lokówkę? A może koczek? A gdyby tak warkocz spleść...?

Tydzień przed weselem usilne powstrzymywanie apetytu, w końcu na weselu trzeba wyglądać na zagłodzoną... eee, szczupłą i powabną rzecz jasna! Ech, kogo próbujemy oszukać...? Przecież przez tydzień co najwyżej humor stracę, nie kilogramy!

#2

Ćwierć wieku brzmi dumnie. O wiele lepiej, dostojniej niż zwykłe 25 lat. Rodzice mają rocznicę ślubu, nie byle jaką, bo już srebrną!, a ich córka, moja przyjaciółka, pomaga w przygotowaniach i zastanawia się, gdzie tu znaleźć partnera na imprezę?
Obchody rocznicowe również odbywały się w dniu wczorajszym. Cały tydzień skontaktowanie się z moją kumpelą graniczyło z cudem. Zajęta przygotowaniami i pilnowaniem, aby wszystko było jak należy, próbuje rozwiązać swój własny, mały problem. Jeśli pojawi się sama - najgorsza opcja, tylko w ostateczności - będzie się czuła jak stara panna, w oczach rodziny będzie starą panną, co w efekcie da jej do zrozumienia, że właściwie to jest starą panną i nieudacznicą. Ambitne studia, lekcje śpiewu, gry na pianinie, umiejętność pociągania smyczkiem po strunach skrzypiec, liczne zdolności manualne przecież nie grają tu żadnej roli, wszyscy wiedzą, że jak baba nie ma faceta to coś z nią nie tak.

Najlepiej przyjść z kimś, z kim łatwo się gada i przyjemnie jest przebywać. No ale przecież przyjaciółki ze sobą nie weźmie, co by ludzie pomyśleli???

Kandydaci płci męskiej: z rodziny - odpada, to prawie tak, jak przyjść samemu. Kolega - a nóż sobie pomyśli, że to propozycja na coś więcej? Przyjaciel gej, o którego orientacji tylko my wiemy - opcja idealna, ale niestety najczęściej pojawiająca się tylko w serialach. Pada więc na kolegę.

Kolega musi być wyższy, w końcu te dziesięciocentymetrowe szpilki nie będą się dłużej marnowały w szafie. Przystojny, ale nie przesadnie, coby nie był rozchwytywany przez dalsze kuzynki, ani też zbyt zadufany w sobie. Dżentelmen, ale nie nadskakujący nam przy każdej najmniejszej okazji, przecież potrafimy dać sobie radę. Ktoś znajomy większej grupie gości, żeby nie trzeba było go niańczyć i wprowadzać do towarzystwa. Żeby czuł się swobodnie i żebyś Ty mogła się zrelaksować. Niezbyt nachalny, ale też nie traktujący partnerki jak powietrze. I nie może mieć obiekcji co do motywu imprezy, jakim jest Amerykańska Preria!

#3

Znów sobota, 21. dzień września, miasto ponad 100 km pod stolicą wielkopolski. Grupa ludzi w kościele, czekają na Młodą Parę, aż wejdą główną nawą kościoła przystrojonego specjalnie na tę okazję. I ja, zastanawiająca się - co ja tu do cholery robię?

Mała retrospekcja: jest sobota rano. Zwlekam się z łóżka, wychodzę z pokoju i już, już mam włączyć światło w łazience, gdy na korytarzu łapie mnie tato. "Pojedziesz z mamą na to wesele? Bo ja źle się czuję"; kaszel na potwierdzenie swych słów, a dla lepszego efektu jeszcze głośne dmuchanie nosa. 

OK, nie ma sprawy.

Przecież nie pozwolę, aby mama jechała sama. Zbyt dobrze wiem, jak to jest "bawić się" samotnie na imprezie na cześć pewnej pary, w otoczeniu innych par. Rodzina niezbyt mi co prawda znana, pan młody widziany przeze mnie wcześniej ledwie raz. Ale sytuacja mojej mamy niewiele lepsza. Babcia jechać nie chce, choć ona najbardziej by się w tym towarzystwie, w tej sytuacji odnalazła. Nie chce, bo u fryzjera nie była i już nie zdąży, w ogóle przecież się nie przygotowała, nie nastawiła psychicznie, no nie, bo nie i koniec. Biorę więc sprawy we własne ręce. Plan - umyć włosy (jak codziennie), wysuszyć (jak każdego dnia, gdy jest zbyt zimno aby same wyschły), rozczesać (jak za każdym razem, żeby kołtun jeden wielki mi się na głowie nie zrobił; makijaż ten sam co normalnie, tusz na rzęsy, kreska czarną kredką, odrobina podkładu. Sukienka jakaś w szafie wisi, Bogu dzięki, że na początku wakacji postanowiłam ją zwęzić i wreszcie dobrze na mnie leży. Czarne buty na obcasie, ostatni (zarazem jedyny) raz noszone rok temu, wyglądają na nowe, a nawet jeśli nie, to ja się tym przejmować nie mam zamiaru. Kolczyki akurat dwa dni wcześniej zakupione, choć zupełnie nie w związku z żadną okazją. I voilà, outfit gotowy, partner (a właściwie partnerka-rodzicielka) wyszykowana, spontaniczne zaliczenie ślubu i wesela - jest!


Trzy historie, trzy dziewczyny, jeden dzień, podobne sytuacje, lecz zupełnie różne punkty widzenia. 
Dla porównania i do przemyślenia ;)

piątek, 13 września 2013

Bezrobocie

W ciągu roku marudzisz, że nie masz na nic czasu. Codziennie budzik zrywa Cię z łóżka o nieludzkiej godzinie, zmuszasz się, żeby zawlec się do łazienki, a później do kuchni. Czeka Cię kolejne kilka godzin, tak bardzo podobnych do dnia wczorajszego. I tego przedwczoraj. No dobra, całego tygodnia. Albo, bardziej już dosadnie i zgodnie z realiami - wszystkich Twoich dni, odkąd podjęłaś decyzję, iż chcesz pracować. Jedynym światełkiem w tunelu są weekendy, pierwszy dzień miesiąca i wiążąca się z nim wypłata oraz wakacje.

A gdyby tak wakacje trwały cały rok?

Czyż to nie kusząca propozycja? Wstawanie, o której Ci się żywnie podoba. Balowanie do późnej nocy, lub raczej wczesnego ranka. Relaks przez cały dzień. Wreszcie przeczytam tę stertę książek, które dostałam w ciągu ostatniego roku! Wreszcie obejrzę te wszystkie filmy, którymi tak zachwycają się moi znajomi oraz tymi, które uzbierały tak wspaniałe recenzje na Filmwebie! Zacznę o siebie dbać, zacznę biegać, przestanę jeść chemiczne kompozycje, które na co dzień z braku czasu odgrzewam w mikrofali. Nauczę się gotować, zainstaluję i ukończę ten kurs językowy, który dostałam kiedyś na gwiazdkę. Namaluję coś, albo nie! Napiszę książkę! Nauczę się grać na jakimś instrumencie, w końcu zawsze o tym marzyłam. Gruntownie posprzątam swoje mieszkanie, wyrzucę śmieci, które przez lata nagromadziły się w szafkach, posegreguję ciuchy na te noszone, już nienoszone, ale dobre (oddać na Czerwony Krzyż!) i te do wyrzucenia. Pojadę za granicę, zwiedzę cały świat...!

Wreszcie nadchodzi ten dzień - rzucasz wszystko i pędzisz do domu, na kartce papieru spisujesz swoje marzenia zamieniając w plany. Przyszłość ma smak drinka z palemką, świetlista jak Słońce w samo południe przy bezchmurnym niebie. Świat należy do Ciebie, w końcu wreszcie masz na wszystko czas!

Mija miesiąc i robisz rachunek sumienia - nie jest tak źle, przeczytałaś kilka książek, obejrzałaś parę filmów z listy, spotkałaś się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, poszłaś kilka razy na imprezę i balowałaś do rana. Dwa razy poszłaś biegać - całkiem dobrze jak na początek! Wszystko wygląda obiecująco! Co prawda jeszcze nic nie ugotowałaś, ale już obejrzałaś jakiś program o zdrowym odżywianiu i wiesz już, na co powinnaś zwracać uwagę przy zakupie żywności. Kupiłaś nową sukienkę, choć do tej pory chodziłaś tylko w spodniach i to zawsze długich - w końcu wakacje to czas szaleństw! Na weekend pojechałaś do stolicy, nigdy tam nie byłaś, a od czego lepiej zacząć wielkie podróże, jeśli nie od własnego podwórka?

Patrzysz na listę, którą sporządziłaś miesiąc temu. Sprzątanie, nauka języka, gry na instrumencie, napisanie książki... OK, na to mam jeszcze czas, przecież nic mnie nie goni! 

Po kolejnych dwóch tygodniach zaczynasz czuć coś dziwnego. Kolejne książki odhaczone, podobnie jak i filmy, jednak powoli tracisz cierpliwość do życia życiem fikcyjnych bohaterów. Wątroba odmawia współpracy i nie jest w stanie przyjąć ani grama alkoholu, ale to nawet dobrze, w końcu miało być zdrowe odżywianie. No tak, tylko z tym jest pewien problem, bo ilekroć przechodzisz obok tej cukierni na rogu, Twoje zmysły zostają odurzone wspaniałym zapachem i wyglądem wypieków. Marchewka ani kalafior nigdy nie wyglądały tak apetycznie, jak ten piękny ekler polany czekoladą. Wchodzisz do domu sfrustrowana brakiem silnej woli i rozglądasz się dookoła. Posprzątasz jutro, w końcu jutro też jest dzień. Nie masz nastroju do nauki języka, ani weny do pisania. Wiesz, że Twoja przyszła książka już siedzi gdzieś tam, głęboko w Twojej głowie i prędzej czy później z niej wyjdzie, nie ma sensu wszystkiego przyspieszać i robić byle jak.

Powoli czujesz, że chyba zaczyna Ci się nudzić. Nie, to przecież niemożliwe! Dzwonisz do przyjaciół. 
- Wiesz, obiecałam mamie, że do niej dziś pojadę i zostanę do końca tygodnia.
- Niestety, jestem w pracy, nie dam rady.
- Umówiłem się z tą ekstra laską, nie mogę tego odwołać, sorry!
- Hmmm, wiesz co, jestem trochę nie przy kasie, jeśli wiesz, co mam na myśli, muszę zacząć oszczędzać i przestać stołować się na mieście.

Ostatnie uwaga dziwnie odbija się echem po Twojej głowie. Wiedziona złym przeczuciem, otwierasz laptopa i wstrzymując oddech logujesz się na stronie banku, w którym założyłaś konto. Ciarki przechodzą Ci po plecach, gdy widzisz sumę niewiele różniącą się od okrągłego zera. Co teraz? Co teraz?! Przecież nie zadzwonisz z płaczem do rodziców, żeby wybulili kilka stów na Twoje plany, których spełnienie i tak nie pozwoli Ci w najbliższym czasie na oddanie zaciągniętej pożyczki. Jesteś już dorosła, nie chcesz przecież żeby sterani rodzice łożyli na Ciebie jak na nastoletnie dziecię. Masz dumę, godność, nie chcesz czuć się od nich zależna!

Kolejne dni mijają, a Ty masz wrażenie, że szlag jasny Cię zaraz trafi. Nie zrobiłaś nic konstruktywnego, z nikim się nie widziałaś, nigdzie nie pojechałaś. Nic też nie zarobiłaś, a niedługo przyjdą rachunki. Czas się dłuży - wiesz, że powinnaś jakoś go wykorzystać, ale nie masz siły. To chyba przesilenie jesienne (istnieje w ogóle coś takiego??). Nie widzisz sensu w sprzątaniu, przecież i tak nikt tu nie przychodzi. Kręcisz się w tę i z powrotem, przytłoczona uczuciem beznadziei. 

Boże, moje życie nie może tak wyglądać! Zwariuję!

I wtedy myślisz, jak to dobrze było mieć pracę. Mieć codziennie kontakt z tymi ludźmi, z którymi mogłaś ponarzekać na wymagającego szefa, czy polityczne bzdury wygadywane przez reporterów w telewizji. Zaczynasz tęsknić do dni, które były wypełnione od A do Z i ledwo starczało Ci czasu na sen. Myślisz o tym, że wtedy miałaś jakiś cel - awans, podwyżkę, uzbieranie pieniędzy na wakacje - a teraz masz wakacje non stop i już nie jest tak kolorowo. Zrobiłaś się leniwa, brak Ci motywacji, potrzebujesz kopa do działania, ale sama nie potrafisz go sobie wymierzyć.

Któregoś dnia wybuchasz! Koniec, koniec z tym życiem w zawieszeniu! Koniec z nijakimi dniami spędzonymi na kanapie! Z tym byle jakim czasem przeciekającym Ci przez palce!

W Internecie szaleńczo poszukujesz ofert, dzwonisz do znajomych ze starej pracy, obdzwaniasz wszystkich, którzy mogliby Ci pomóc. Wreszcie czujesz się Panią swojego losu, wreszcie czujesz, że COŚ ROBISZ.

Mija miesiąc. Twoje zdeterminowanie, a może raczej desperacja, dało owoc w postaci stałej posady. Znów pobudka wcześnie rano, znów codzienna rutyna, ale nagle zauważasz, że im więcej masz zajęć, tym lepiej organizujesz sobie czas. W weekendy spotykasz się ze znajomymi, idziecie coś zjeść na mieście, trochę się pobawić, wreszcie masz na to pieniądze. Podczas długiego weekendu jedziesz pociągiem do Berlina, bo blisko, a masz tylko cztery dni. Ale tyle wystarczy.

Wreszcie czujesz, że po coś zostałaś stworzona, masz jakiś mały, mikry wręcz wkład w funkcjonowanie tego świata, ale zawsze lepsze to niż nic. Już wiesz, że wieczne wakacje nie są dla Ciebie. I w pełni pojęłaś, dlaczego negatywnie nacechowane słowo "bezrobocie" dosadniej je określa.

sobota, 7 września 2013

Oczko

Tak jest, od wczoraj mogę oficjalnie wypić drinka w amerykańskim klubie lub też odwiedzić kasyno. Biorąc pod uwagę fakt, że raczej nie piję (posiadanie samochodu ma swoje dobre i złe strony), hazardem gardzę, a do USA w najbliższym czasie się nie wybieram, raczej nie mam z czego się cieszyć. Ot, kolejny rok poszedł w niepamięć, a ja postarzałam się o kolejne 365 dni.

Czyż to nie dobra pora na małe podsumowanie? Spokojnie, nie mam zamiaru skrótowo opisywać teraz wydarzeń z całych dwudziestu jeden lat mojego życia ;) Wystarczy mi sam ostatni rok.

Nie zbiłam fortuny, nie uratowałam grupy zakładników z rąk grupy terrorystycznej, nie spotkałam żadnej publicznie znanej osobistości, nie stałam się sławna. Nie odkryłam lekarstwa na raka, nawet nie napisałam jednej wartościowej pracy naukowej. Cały czas mieszkam z rodzicami i nawet o krok nie zbliżyłam się w kierunku ustabilizowania swojego życia uczuciowego.

Coś jednak się zmieniło. Zmieniłam się ja sama. Albo przynajmniej odkryłam to, co wiele lat umykało mojej uwadze. Wreszcie zaczęłam słuchać samej siebie. Wreszcie zaczęłam w jakimś stopniu szanować siebie jako osobę. Zaczęłam liczyć się ze swoim zdaniem i walczyć o swoje. Przestałam przejmować się tym co ludzie powiedzą. Koniec z zasłoną milczenia. Chociaż nie oznacza to, że mówię co mi ślina na język przyniesie. Zawsze zastanawiam się, czy to co mówię jest konstruktywne, wnosi jakąś wartość w rozmowę i nikogo nie rani. Bo taka wypowiedź ma najwyższą wartość. Przestałam na siłę robić rzeczy, które robić należy, bo tak wypada i tego od nas oczekuje społeczeństwo. Mimo naporów, nie idę ślepo tam, gdzie nie chcę. Przykład? Kilka. Nie chodzę do kościoła, choć wychowuję się w środowisku w większości praktykujących rodzin katolickich. Decyzja ta nie jest formą nastoletniego buntu - w końcu nie jestem już nastolatką; co więcej, to właśnie po wyjściu z drugiej dekady mojego życia zauważyłam, że owa Wspólnota, a już szczególnie jej duchowi przywódcy stanowią dla mnie grupę, od której pragnę oddzielić się grubą kreską. 

Na studia medyczne poszłam z pragnieniem wykształcenia się na lekarza sądowego. Przez pierwszy rok studiów i znaczną część drugiego twierdziłam jednak, że nie wiem, jaka specjalizacja by mnie ewentualnie interesowała. Dlaczego to robiłam? Bo ilekroć ktoś ze znajomych czy rodziny usłyszał, iż dostałam się na medycynę i pytał "No a potem...? Kim będziesz?" na moją odpowiedź robił wielkie oczy, po czym komentował. A komentarze te nie wyrażały przychylności w stosunku do mojej decyzji, więc po jakimś czasie stwierdziłam, że nie chcę tego słuchać i przestałam dzielić się swoimi planami.
Jednak podczas tegorocznych praktyk w przychodni zrozumiałam, że nie mogę żyć tak, jak wymagają tego ode mnie czy chcą tego inni. To moje życie, do cholery! Tylko ja mam prawo o nim decydować! To ja do końca swoich dni będę musiała znosić konsekwencje podjętych przeze mnie decyzji. I wolę żałować czegoś, co zrobiłam ze swojej własnej woli, niż czegoś co zrobiłam, bo tak wypadało, albo na to liczyli moi znajomi/rodzina.

Powoli zaczęłam się też przekonywać, że może jednak ludziom na mnie zależy. Moje poczucie własnej wartości w oczach innych ludzi jest dość mocno zaniżone i zdaję sobie z tego sprawę. Zawsze mam wrażenie, iż ludzie z mojego otoczenia traktują mnie jak chwilowy kaprys. Wiem na pewno, że w przypadku mojej śmierci w żałobie pogrążyłaby się moja najbliższa rodzina plus trzy osoby - przyjaciółki z podstawówki i gimnazjum, które są dla mnie jak prawdziwe siostry i bez których nie wyobrażam sobie żyć. Reszta ludzi, w środowisku których na co dzień przebywam, mimo że wielu z nich bardzo lubię i czuję się do nich przywiązana, nie daje mi odczuć, że odwzajemnia moje uczucia. Ale to może wynikać z faktu, że ja sama bardzo dobrze ukrywam to, co dzieje się w mojej głowie i sercu.

Aż nagle wczoraj, w moje urodziny, odezwała się do mnie niegdyś jedna z najbliższych mi osób, z którą kontakt nagle gwałtownie się urwał i od miesięcy panowała cisza. Myślałam, że to ja coś zrobiłam źle, może ja się zmieniłam. Może po prostu znudziłam się tej osobie, co utwierdziło mnie w przekonaniu, iż ludzie rzeczywiście traktują mnie jak jeden z elementów wystroju wnętrz. Nie chciałam się narzucać, a ostatnie nasze kontakty przed zupełną ciszą dawały mi odczuć, że to właśnie robię. Że jestem już intruzem, a nie tylko dodatkiem do rozmów czy pasażerem na gapę przy stole w kawiarni. 

I tak sobie myślałam i utwierdzałam się w tym przekonaniu, powoli zresztą tracąc zainteresowanie całą tą sprawą, po czym przyszła wcześniej przeze mnie wspomniana wiadomość. A w niej przyznanie, że ta osoba za mną tęskni i chciałaby się spotkać. Choćby tylko na piwo, tak po prostu, żeby pogadać. Bo nie chciałaby, aby nasza znajomość tak się skończyła. Ten jeden SMS nie tylko mnie ucieszył, ale sprawił, że moja dość marna samoocena skoczyła oczko wyżej.

Jaka jest pionta tego wywodu? Otóż, Moi Drodzy - każdy z nas ma jedno życie. Każdy z nas ma swój określony czas, który może wykorzystać jak mu się żywnie spodoba. Czy warto w związku z tym zakuwać się w kajdany i dobrowolnie stać się więźniem konwenansów i przekonań innych ludzi? Czy warto patrzeć na siebie przez pryzmat osób stojących z boku? A może warto w końcu powiedzieć sobie To moje życie i tylko i wyłącznie ja powinienem o nim decydować? Czas, abyśmy zaczęli odkrywać siebie, robić to na co mamy ochotę. Nie dać się stłamsić, odkrywać swoje talenty i je rozwijać. Uwierzyć w siebie i w to, co się robi. Wtedy dopiero będziemy szczęśliwi z czasu, jaki spędzimy na Ziemi.

W związku z tym podjęłam jeszcze jedną, bardzo ważną dla mnie decyzję. Postanowiłam przedstawić Wam, mojemu skromnemu gronu czytelników, moją pracę, której poświęciłam dobry kawałek mojego wcale nie tak długiego życia. W poprzednich dwóch postach (Będę pisarką! i Chcesz być pisarką...?) przyznałam się do napisania dwóch książek. Poniżej wkleję linki do ich opisów w serwisie lubimyczytac.pl , a jeśli kogoś zainteresuje ich treść - zapraszam do czytania ;) Są one niestety dostępne tylko w wersji elektronicznej, ale dzięki temu są tańsze i mają okazję trafić do szerszego grona odbiorców. Jeśli ktoś chce się dowiedzieć, jak powstały - zapraszam do przeczytania wspomnianych przeze mnie wcześniej postów. Nikogo nie namawiam do zakupu tych pozycji, jeśli jednak ktoś z Was którąś już czytał lub jest zdecydowany, żeby to zrobić proszę, aby podzielił się ze mną swoją opinią i ewentualną (ale konstruktywną) krytyką :)

 






















Po kliknięciu na obrazek wyskoczy nowa karta ze stroną danej pozycji.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Singielka XXI wieku

Kilka miesięcy temu czytałam wypowiedź naszej podróżniczki, Martyny Wojciechowskiej, w której zauważała, iż na świecie można spotkać wiele wspaniałych kobiet potrafiących poradzić sobie w najtrudniejszych sytuacjach, natomiast trudno spotkać mężczyznę, z którym warto byłoby się związać. Wypowiedź ta nawiązywała do plotki, jakoby Martyna była lesbijką - sama zainteresowana wyraziła ubolewanie, że nią nie jest. Gdyby lubowała się w kobietach o wiele łatwiej byłoby jej znaleźć tę drugą połówkę.

Jednak to nie życie miłosne Martyny Wojciechowskiej jest tematem dzisiejszego postu. Dzisiaj będzie o kobietach. Tych samotnych, których na co dzień spotykamy naprawdę wiele i dla których znalezienie odpowiedniego mężczyzny graniczy z cudem.

Już dawno skończyły się czasy, kiedy to płeć piękna czekała, aż jakiś książę przyjedzie na swym białym rumaku i zabierze ją w siną dal, gdzie będą żyli długo i szczęśliwie. Czternastoletnie dziewczynki już (jeszcze?) nie wychodzą za mąż, a średnia wieku matek (nie licząc tych tzw. "patologicznych ciąży", czy wpadek nieuważnych nastolatków) idzie wytrwale ku górze. Coraz więcej kobiet zdobywa wyższe wykształcenie, pracuje, rozwija swoje kariery. Jesteśmy bardziej niezależne, zdecydowane i głodne sukcesu. Która z nas zdecydowałaby się zajść w ciążę w wieku 20-21 lat, kiedy zgodnie z biologią, jest to najlepszy wiek na reprodukcję?

Oto portret współczesnej kobiety, na miarę XXI wieku: mądra, silna psychicznie, a niejednokrotnie również dbająca o kondycję fizyczną. Potrafi zapewnić sobie byt materialny, wytrwale wspina się po szczeblach kariery. Jest niesamowicie zorganizowana, bo oprócz pracy musi również prowadzić dom, a znajduje jeszcze czas na spotkania ze znajomymi i wizytę u kosmetyczki. Dba o siebie, bo wiadomo, iż zadbana kobieta wygląda bardziej profesjonalnie niż zapuszczony lump. W sytuacji kryzysowej jest w stanie znaleźć dobre rozwiązanie. Ciężko pracowała na to, co osiągnęła i nie odpuszcza. Wie do kogo się zwrócić, gdy na przykład wysiądzie pralka lub z samochodu zacznie wydobywać się siwy dym, a kontrolki na desce rozdzielczej zapłoną czerwienią. I jest coś jeszcze: jej status związku - "wolna".

Życie bez mężczyzny wyrabia w kobiecie pewne zwyczaje. Coś, co kiedyś leżało w obowiązkach pana domu, dziś nie jest problemem dla samotnej kobiety. Facet nie jest bóstwem, które wkręca żarówkę czy naprawia komputer. Wymiana żarówki nie jest już czarną magią, a jeśli same sobie nie poradzimy ze sprzętem elektronicznym, to zawsze można go oddać do serwisu. No problem! Ciężkie torby z zakupami można wpakować do samochodu, więc nie musimy ich targać przez pół miasta. Meble z IKEI są proste w obsłudze, ich złożenie to żadna sztuka. Odchodzą natomiast takie szczegóły jak prasowanie męskich koszul, zbieranie porozrzucanych skarpetek, wielokrotne zwracanie uwagi, iż po skorzystaniu należy spuścić klapę. Przykłady tego typu można by mnożyć, ale myślę, że czytelnicy już wiedzą o co mi chodzi.

Właśnie - w całej tej wizji mężczyznę sprowadza się do roli niepotrzebnego przedmiotu. Jego obowiązki, a także cechy przejęła kobieta, po co w takim razie zawracać sobie nim głowę? Coraz częściej widzę facetów, którym naprawdę przydałaby się służba w wojsku. Są bardziej delikatni ode mnie, mdleją na widok krwi, a fochy stroją przynajmniej raz w tygodniu. Wypchnęli również płeć piękną z placu zabaw i teraz oni huśtają się w huśtawkach nastrojów. Kiedy widzę chłopaka z kosmetyczką większą od mojej mam ochotę uciec. A uwierzcie mi, to wcale nie jest rzadki widok. Wiem co mówię - od co najmniej trzech lat obserwuję zachowania i zwyczaje moich kolegów podczas wspólnych wakacji. Co najmniej trójka z nich miała torby dwa razy większe od moich mimo, iż jechaliśmy na tę samą liczbę dni, a raz nawet zdarzyło się, iż chłopka mojej koleżanki jechał tylko na jedną noc, podczas gdy my zostawałyśmy na cały tydzień. Poranna toaleta zajmuje im tyle, co mi wieczorna kąpiel. Podczas aktywności fizycznych żaden nie był w stanie dotrzymać mi kroku, chociaż ze mnie żaden sportowiec. Nie wyobrażam sobie, aby ci chłopcy, bo mężczyznami nazwać ich nie mogę, potrafili przeżyć tydzień w dzikiej głuszy lub chociaż w domku gdzieś w lesie, bez prądu i bieżącej ciepłej wody. Całe życie wychowywani w fałdach maminej spódnicy, teraz również oczekują, że życiowa partnerka będzie im matkować.

Ale współczesna kobieta nie chce wychowywać sobie niesfornego chłopca. Ona nadal szuka dla siebie prawdziwego mężczyzny. Istnieje pewien problem - takich współczesnych kobiet jest wiele, a mężczyzn z krwi i kości? Coraz mniej. A jeśli już się taki znajdzie, możecie być pewne, iż jego serce już od dawna będzie należało do innej.

Prawdziwy mężczyzna na widok singielki XXI wieku będzie raczej wiał, gdzie pieprz rośnie, niż pozwoli, aby ona bez ceregieli przejęła stery w związku i wsadziła go pod swój pantofel. Druga opcja - gdy zobaczy, jak świetnie kobieta radzi sobie bez niego stwierdzi, iż właściwie na ma tu nic do roboty. Poczuje się niepotrzebny, a to, jak wszystkie "mądre" poradniki mówią, jest dla prawdziwego mężczyzny nie do zniesienia. Ewentualnie będzie pod takim wrażeniem silnej osobowości i niezłomnego charakteru singielki, iż w ogóle nie będzie zaprzątał sobie nią głowy, w obawie przed wyśmianiem i niezbyt przyjemnym dla jego ego koszem.

A tymczasem singielka, widząc brak perspektyw na wartościowy związek, będzie otaczała się murem obronnym przeciw rodzinie i znajomym, przez który to mur nie będą przechodziły smutek i poczucie osamotnienia za każdym razem, gdy zasiądzie przy stole na rodzinnej uroczystości lub weselu kolejnej koleżanki, na który jak zwykle przyszła bez partnera, w ostateczności z kuzynem. Mur ten chroni ją także przed chłopcami, którzy akurat dziwnym zbiegiem okoliczności nigdy nie czują, że nie spełniają jej ambicji co do życiowego partnera, a tym samym nie boją się odrzucenia. W końcu, jak nie ta, to zaraz sobie znajdzie kolejną. Któraś w końcu na niego poleci.

Zamknięta za murem singielka sama sobie ukręciła bata. Stała się tak niezależna, iż facet w jej przypadku mógłby spełniać jedynie funkcje reprodukcyjne. Bądź robić to samo, co w przypadku czynności reprodukcyjnych, ale z zabezpieczeniem, dla zwykłej przyjemności. Najlepiej jeszcze bez zobowiązań, bo gdzie w tym naszym zalatanym świecie prać jeszcze obcemu facetowi skarpetki? Tu już wszystko poukładane, posprzątane, plan dnia ułożony i nie ma tam miejsca na prasowanie czyichś koszul! W ciągu ostatnich trzydziestu lat zdążyłyśmy wyrobić sobie pewną rutynę i mamy pewne przyzwyczajenia, przez które trudniej osiągnąć kompromis. No bo w końcu tak żyłyśmy tyle czasu i tak nam się podobało.

I tak singielka XXI wieku, kobieta z krwi i kości, z pozoru świetnie radząca sobie z otaczającą rzeczywistością, pokonująca ogromne góry przeszkód i nie wahająca się zejść w czeluście piekieł, leży samotnie w łóżku każdego wieczora, starając się zasnąć zanim w głowie pojawi się myśl jak dobrze mogłoby być, gdyby puste miejsce obok niej było teraz zajęte.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Chcesz być pisarką...?

Część druga postu Będę pisarką!

No dobra, koniec ględzenia o mnie, czas przejść do konkretów. Któż z nas nie chciał napisać książki, która stałaby się sławnym na całym świecie bestsellerem, z hollywoodzką aleją gwiazd w znakomitej ekranizacji nagrodzonej Oscarem i z nagrodą Pulitzera w kieszeni? Ale od samego marzenia do celu droga długa, stroma i pod górkę. A kto się jej podejmie - albo naprawdę w siebie wierzy, albo po prostu nie ma co robić z wolnym czasem.

Na pomysł wpaść łatwo. Właściwie idea sama do nas przychodzi, niejednokrotnie zaskakując i podkręcając do działania. Tak, to ona, owa sławna wena twórcza! To wtedy przyszły autor siada przed komputerem (bądź nad zeszytem, dzierżąc wieczne pióro w swej prawicy) i zaczyna przelewać słowa na papier, czy to elektroniczny, czy ten z makulatury. Na początku tsunami, później rwąca rzeka, następnie spokojny strumyczek, aż po dziesięciu maksymalnie stronach źródełko wysycha. Gratulacje należą się tym, którzy potrafią pływać w saharyjskim piasku i korzystać z pary wodnej - tylko oni będą w stanie dotrzeć do mety okraszonej najpiękniejszym dla pisarza słowem KONIEC. Wielu aspirującym przyszłym pisarzom brak zapału, aby dokończyć to, co zaczęli. Jeśli już zaczęli w ogóle pisać, bowiem niejednokrotnie kończy się na samym zarysie fabuły w naszej głowie.

OK, ale tekst został spłodzony, historia spisana. Pełni entuzjazmu zastanawiamy się co dalej, w końcu wizja milionów na koncie majaczy gdzieś tam w zakamarkach umysłu. Coś trzeba zrobić, tylko co? 

Otóż należy zrobić najnudniejszą rzecz na świecie - przeczytać całą książkę od A do Z. Podczas pisania nawet nie zauważamy, kiedy robimy błędy. Niektóre fragmenty trzeba poprawić, inne całkowicie wykreślić, tu i ówdzie coś dopisać. Może wydaje nam się, że nikt lepiej od nas nie wie, co napisaliśmy, ale to nieprawda. Najlepiej zawsze będzie wiedział czytelnik. A najbardziej obiektywny będzie czytelnik niezaangażowany w pracę i życie autora. Innymi słowy osoba postronna, która przeczyta nasze dzieło i krytycznie oceni. A my z żelaznym uśmiechem na twarzy tę krytykę przyjmiemy do wiadomości i w pięćdziesięciu procentach się do niej zastosujemy.

Kolejny krok, po ponownej edycji tekstu i naprowadzeniu poprawek zasugerowanych przez niezależnego krytyka, to znalezienie wydawcy. Jeśli myśleliście, że po napisaniu książki będzie z górki - błąd! Nie ma nic gorszego niż pisanie maili z autoreklamą do wszystkich możliwych wydawców na rynku i czekanie na odpowiedź (albo jak w 99% przypadków - jej brak). Wydawcy zwykle zastrzegają sobie, iż od momentu wysłania do nich tekstu mają ok. 3 miesiące na zapoznanie się z nim i wystosowanie ewentualnej odpowiedzi. Jeśli nie są zainteresowani, to po prostu nie odpisują wcale. I tak czekaj sobie w napięciu przez 3 miesiące, odświeżaj pocztę co 5 minut, powstrzymuj przed dzwonieniem na infolinię wydawnictwa, czy wiadomość z Twym dziełem na pewno doszła! A po upływie 90 dni zalej wszystkich dookoła morzem łez, bo skrzynka, poza spamem, nadal świeci pustkami.

Napisałam już dwie książki i wiem, co mówię. Zwykle dzieliłam sobie wydawnictwa na kilka grup i co trzy miesiące wysyłałam maile z kopiami tekstów do kilku z nich jednocześnie. Rzadko kiedy dostawałam odpowiedź. Jeśli wydawnictwo było miłe, ale niezainteresowane, to odpisywało, iż np. nie wydaje pozycji z tego gatunku, ale niech Pani spróbuje w tym i tym wydawnictwie. Raz czy dwa dostałam propozycję wydania książki w wersji papierowej, ale pod warunkiem, że dorzucę się do biznesu. W skład takich wydatków wchodziła płatna profesjonalna korekta (cena w zależności od długości manuskryptu) plus pokrycie co najmniej połowy wydatków związanych z nakładem. Jeśli kogoś stać, proszę bardzo. Niezarabiająca na siebie studentka raczej może o czymś takim pomarzyć.

Cóż więc zrobić? Schować do szuflady i zapomnieć? Włożyć tyle pracy, energii i czasu na marne, w projekt bez przyszłości?

Kiedyś może bym się poddała. Kiedyś - czyli przed erą e-booków. Dziś, dzięki self-publishingowi każdy może wydać swoją książkę. I to bez początkowego kapitału. Wystarczy znaleźć dobrego, godnego zaufania wydawcę. To też nie jest łatwe - za pierwszym razem się sparzyłam, podpisałam umowę i odesłałam do wydawcy, ale (na szczęście) nie wywinął się z jej najważniejszego punktu, czyli publikacji dzieła w określonym terminie, w związku z czym prawa znów przeszły na mnie i mogłam szukać dalej. Bo tak prawda: podpisując umowę przekazujemy część naszych praw do książki wydawnictwu. Już nie jesteśmy wolnymi ptakami mogącymi zrobić ze swoją twórczością co im się żywnie podoba. No ale, coś za coś. W zamian, jeśli dobrze trafimy, dostaniemy dobrą korektę, edycję, ISBN, okładkę i dystrybucję do największych, najpopularniejszych księgarni internetowych, nawet tych międzynarodowych. 

Przyznaję, e-book to nie to samo co "żywa", szeleszcząca i pachnąca drukiem książka. Jako autor również nie zarabiam na tym nie wiadomo jakich pieniędzy - dostaję ledwie 30% ceny po odprowadzeniu podatku VAT, a ten na książki elektroniczne wynosi aż 23% ceny podawanej w księgarniach. Biorąc pod uwagę, iż nie mam popularnego nazwiska i nie zajmuje się mną żaden spec od reklamy, nie mogę liczyć na sprzedaż e-booka za wysoką cenę. W efekcie moja gaża za egzemplarz waha się między 1 a 3 zł.

Czy warto dla takich groszy? A co z willą z basenem, sportowym samochodem i akacjami w Hamptons?! Cóż, powiem tak: nie ma lepszego uczucia od chwili, w której po raz pierwszy widzisz swoje "dziecko" ogólnodostępne, do kupienia w księgarni, nawet jeśli jest to księgarnia elektroniczna. A miliony na koncie może też kiedyś się pojawią. Jednak, wbrew pozorom, nie one są w życiu prawdziwego pisarza najważniejsze. Moim marzeniem jest, aby ktoś czytał to co napisałam. Czytał, zastanawiał się i po lekturze podzielił się swoją opinią. Jeśli się podobało - super! Jeśli nie - dlaczego i jakie czytelnik miałby dla mnie wskazówki na przyszłość? Bo komentarz w stylu "Ale to było chujowe" niestety nie wchodzi do kanonu konstruktywnej krytyki, a jedyne uczucie jakie wzbudza to ból, zwątpienie we własne siły i niesmak.

Zastanawiałam się, czy nie wkleić tu linków do stron moich książek, jednak nie chcę robić sobie reklamy. Nie jestem też pewna, czy dorosłam do tego, aby przestać być anonimową na tym blogu. Przyznaję jednak, że bardzo jestem ciekawa opinii nieznanych mi osób na temat tych moich dwóch dużych tekstów - kto wie, może kiedyś się odważę i będę się nimi chwalić na prawo i lewo? ;)